Wydział Kolejnictwa i Tramwajnictwa

Strona główna
ZOO Akademii

Piękna Helena w Gdańsku

Piękną Heleną nazwali kolejarze parowóz Pm36-2 wyprodukowany w 1937 roku. Identyczny technicznie Pm36-1 był dodatkowo obudowany aerodynamiczną otuliną, której stylizacja (odmienna od otulin niemieckich i francuskich) była powodem otrzymania przez te lokomotywę nagrody na wystawie światowej w Paryżu. Oba parowozy Pm36 kursowały w regularnej komunikacji pośpiesznej na przedwojennej sieci PKP, zatrudnione głównie przy obsłudze pociągów tranzytowych między Niemcami i Prusami Wschodnimi na dawnej, "nowszej" Ostbahn, na odcinku Chojnice/Konitz - Starogard Gdański/Preussisch Stargard - Tczew/Dirschau - Malbork/Marienburg. Podczas II wojny światowej oznaczone pod niemieckim zarządem serią 03 nadal jeździły, ale aerodynamiczny Pm36-1 uległ w 1942 roku awarii panewek, po której został odesłany do testów porównawczych z niemieckimi parowozami serii 03 i ślad po nim zaginął. Pm36-2 przetrwał wojnę i służył na PKP do 1965 roku. Obecnie jest to jeden z niewielu czynnych parowozów muzealnych w Polsce. Obsługuje niekiedy specjalne pociągi dla hobbystów, miedzy innymi pociąg pospieszny "Korsarz" relacji Poznań Główny - Gdynia Główna przez Gniezno, Inowrocław, Bydgoszcz, Laskowice Pomorskie, Tczew, Gdańsk, Sopot
1.jpg 2.jpg 3.jpg
Sobota, 30.8.2003, trochę po godz. dziesiątej. Zoppoter z Zoppoterinchen (czyli z dwuletnią córą Kornelką) wychodzi z domu w deszcz potworny w celu udania się do Gdańska. Kornela już od piątku wie, że będzie "lądać palowus" i kilka razy już dopominała się "palowusa". W Gdańsku jesteśmy około jedenastej. Nadal leje.

Na Dworcu Głównym kupujemy bilet i miejscówkę (z powrotem do Sopotu) na kursujący tylko raz w roku pociąg pośpieszny "Korsarz" prowadzony przez parowóz Pm36-2. O dziwo miejscówki były, 2 złote kosztowały, a bilet według normalnej taryfy pośpiesznej, więc majątku nie wydałem. Do planowego przyjazdu "Korsarza" jeszcze dobre trzy kwadranse, ale Kornelka chce "ciąciągi lądać" więc leziemy na peron 2. Ruch kolejowy w Gdańsku na szczęście jeszcze istnieje, wiec Kornelka naoglądała się pociągów za wszystkie czasy, była szczerze zachwycona. Tata był zachwycony zainteresowaniami Korneli...

Okazuje się, że pociągi ze "starszej" Ostbahn czyli z kierunku Bydgoszczy mają opóźnienia. Nie ominęło to i "Korsarza" ale podobno było to spowodowane jakimś kłopotem na torach, a nie awarią parowozu. Gdzieś tak trzy kwadranse po czasie, czyli przed trzynastą nad wiaduktem Hucisko pojawiła się chmura białego dymu. Za chwilę zapamiętany z dzieciństwa gwizd upewnia czekających widzów, że to nie jest gotująca się woda w czajniku. Przez parę chwil jeszcze parowozu nie widać (wiadukt i łukowe ułożenie torowiska uniemożliwiły to), wreszcie spod wiaduktu wyłania się trójkąt reflektorów w kłębach dymu. Na peronie ludzie skaczą i biegają z aparatami i kamerami, Zoppoter też z aparatem, dodatkowo trzymając pod pachą Kornelkę. Parowóz z charakterystycznym "hamulcowym" charkotem wtacza sie na tor pierwszy przy peronie drugim. Kornela wtula się w tatę, parowóz ją chyba przestraszył.
Nic dziwnego, wielka gorąca maszyna fukająca i charcząca, dymiąca i ruszająca różnymi żelaznymi elementami wzbudzała przed laty strach u malutkiego Zoppotera też...
Pociąg zatrzymał się, z wagonów (współczesnych niestety) wysypuje się mnóstwo zaopatrzonych w kamery pasażerów, język polski wśród nich należy do rzadkości. Biegają po peronie razem z miejscowymi i filmują. Z powodu opóźnienia planowany na kwadrans postój w Gdańsku Głównym trwa tylko kilka minut. Zoppoter wsiada do pierwszego wagonu taszcząc Kornelę i przepycha się do "swojego" (według miejscówki) wagonu. Ciężko idzie, bo pociąg jest wypełniony i wszyscy stoją na korytarzach i filmują przez otwarte okna przejazd przez Gdańsk. W końcu jesteśmy "u siebie", Kornela siada w przedziale (teraz już jest szczęśliwa, jazda pociągiem bardzo jej pasuje, kiedy nie widać parowozu), a Zoppoter wystawia bańkę z aparatem przez okno i smagany deszczem fotografuje. Dworzec Am Olivaer Tor, wiadukty, nasyp Kolei Kaszubskiej, stacje Oliwa i Sopot, wszystko koniecznie z kłębami białego parowozowego dymu.

Pociąg do Sopotu jedzie bez zatrzymania, gwiżdżąc po parowozowemu co kilkaset metrów... Przez otwarte okna słychać FUCHFUCHFUCHFUCHFUCHFUCH, nie ma wątpliwości jaka lokomotywa nas prowadzi.
Stajemy w Sopocie, Zoppoter bierze Kornelę znowu pod pachę i gna po peronie do przodu, żeby sfotografować parowóz odjeżdżający z Sopotu. Kornela nie chce iść do parowozu, chowa się w ramionach taty, ale tata MUSI jeszcze tam pójść. Zdążyłem, pstryknąłem jeszcze ze trzy zdjęcia, zanim parowóz zrobił FFFFFFUCH....... FFFFFUCH..... FFFFUCH.. FFUCH.. FUCH.. FUCH... FUCHFUCHFUCH i gwiżdżąc po swojemu pojechał do Gdyni. Gwizdy z oddali było słychać jeszcze po kilku minutach, gdy parowóz musiał być już miedzy Kamiennym Potokiem i Orłowem.

Ale to nie było pożegnanie parowozu. Bo parowóz tegoż dnia po południu wracał do Poznania. Pożegnanie nastąpiło z resztek pierwotnego peronu w Sopocie, obok byłej ekspedycji bagażowej. Doskonały widok na torowisko północnej głowicy stacji w Sopocie pozwolił na zrobienie jeszcze kilku zdjęć parowozu, który znowu był słyszalny dużo wcześniej niż widzialny...
No, to do przyszłego roku.
Kornela całą sobotę powtarzała dźwięki wydawane przez parowóz, podkreślała, że lubi pociąg, ale nie lubi "palowusa", ale w niedzielę to i parowóz zaczęła lubić...

tekst i zdjęcia: prof.wirt. Zoppoter


© by Akademia Rzygaczy Members