Biblioteka

Strona główna
ZOO Akademii

Vera Ratzke Jansson, Często myślę o Gdańsku

weraratzke.jpg
Grün:
Często myślę o Gdańsku to kolejna książka zawierająca wspomnienia małej dziewczynki, która urodziła się i spędziła pierwsze lata swojego życia w Mieście. Podobnie jak w przypadku wspomnień Brigitte Wehrmeyer-Janca mamy tu do czynienia ze spojrzeniem dziecinnych oczu, które widzą świat w specyficzny sposób. Jednakże w odróżnieniu od Brigitte Wehrmeyer-Janca, Vera Ratzke Jansson nie buduje narracji - wyświetla– niczym slajdy – pojedyncze obrazki ze swoich wspomnień. Każda z krótkich scenek to jakieś wydarzenie, wrażenie, obraz, człowiek. To owe tytułowe myśli o Gdańsku, które, zgodnie z zapewnieniem autorki, często ją nawiedzają.
Jeśli przyjmiemy tę konwencję, zaczynamy wędrować z autorką przez jej wspomnienia. A wspomnienia te ograniczają się w zasadzie do kilku miejsc w Gdańsku. Jest to przede wszystkim okolica Wielkiej Alei, gdzie spędziła większość świadomego gdańskiego dzieciństwa. Czasem pojawia się Nowy Port, a w nim Szwedzki Kościół jej wuja, pastora Hellqvista i dom ciotki Lilly – żony pastora. W krótkich przebłyskach migają również Lipce, gdzie mieszkali dziadkowie autorki, lotnisko na Zaspie, gdzie pod koniec wojny pracowała jej matka, jeszcze rzadziej udaje nam się spojrzeć na Główne Miasto. Oczami dziecka widzimy tylko to, na co dziecko zwraca uwagę. Ale w zamian otrzymujemy opis szczegółów, których dorosły nie widzi, bądź po latach nie pamięta. Kto dzisiaj wie, na wieży którego gdańskiego kościoła umieszczony był blaszany kogut zamiast krzyża? Rozpoznajemy też w naiwnych czasem, a czasem wyjątkowo przenikliwych spostrzeżeniach małej Very wydarzenia z historii świata, nazwane wprost, bądź tylko odbijające się echem w jej dziecięcej świadomości. Siedzimy więc razem z nią w szkolnej klasie, gdzie nauczyciel w nazistowskim mundurze uczy miłości do szalonego malarza, żegnamy odchodzących na front żołnierzy, chowamy się w piwnicach w czasie nalotów, przeżywamy dziwną wojnę, która przez kilka lat omija Gdańsk, by na koniec odebrać wszystkie zaległe ofiary. Nie zobaczymy jednak śmierci Miasta. I może lepiej... Dlaczego? Nie będę przecież zdradzał zakończenia książki.
"Myśli" Very Ratzke Jansson to historia rodziny dotkniętej przekleństwem życia w "ciekawych czasach". Odnajdziemy zatem w książce opis życia zwykłych ludzi, weźmiemy udział w świętach, zaznamy też codziennej szarości. A cóż może być ciekawszego od historii zwykłych ludzi w niezwykłym Mieście?
Książka napisana została po szwedzku. Pojawia się zatem problem tłumaczenia. Żywiąc wdzięczność dla tłumacza, który umożliwia nam lekturę dzieła, które rzadko który Gdańszczanin byłby w stanie przeczytać w oryginale, nie można powstrzymać się od krytyki sposobu dokonania przekładu.
Bardzo źle, jeśli tłumacz nie ma tzw. "zielonego pojęcia" o tematyce tłumaczonego tekstu. W tym przypadku mamy do czynienia ze zjawiskiem wręcz odwrotnym. Tłumacz książki Very Ratzke Jansson pojęcie ma. I to niemałe – choć w wielu punktach rażąco niedokładne. Zadaniem tłumacza jest jednak przełożenie tekstu z jednego języka na drugi. Komentarze ograniczyć winien jedynie do spraw, które przekładowi poddają się niechętnie, bądź są zgoła nieprzetłumaczalne. W żadnym razie nie powinien uzupełniać tekstu o własne myśli. Tej pułapki nie udało się tłumaczowi uniknąć. Od pierwszych stron pozwala sobie uzupełniać "myśli" autorki, w taki sposób, że niejednokrotnie czytelnik pyta: "Dobrze, ale co to ma do rzeczy?". Czytając przypisy, ma się nieodparte uczucie, że tłumacz aż kipi wiedzą, którą musi podzielić się z czytelnikiem polskiej wersji książki. Niestety, myli się przy tym niejednokrotnie. Pomyłki autorki, spisującej swoje wspomnienia z perspektywy lat i w obcym kraju, są ze wszech miar usprawiedliwione – tym bardziej, że niezwykle rzadkie. Natomiast nieścisłości, podpisane "przyp. tłum.", to już całkiem inna sprawa. Aby nie być gołosłownym: ulica Kaszubski Targ (Kassubischer Markt) to zdaniem tłumacza dzisiejsza ul. Gnilna, prom między Nowym Portem, a Wisłoujściem zdaje mu się być zupełnie innym - promem na Westerplatte, a o Schutzpolizei, założonej już w roku 1919 (pod tą nazwą funkcjonującej od lat 20-stych XX w.) pisze jedynie, że wprowadzono ją na miejsce policji portowej w 1933 r., co jest prawdą, u niezorientowanego czytelnika stwarza jednak wrażenie, że wówczas ją utworzono. Tych i innych podobnych wpadek tłumacz uniknąłby niechybnie, gdyby ograniczył się do swego zadania, nie zaś tryskał własną wiedzą, zwłaszcza tak nieostrożnie.
Znana jest zasada, że tłumacz musi władać w stopniu doskonałym językiem na który tłumaczy. W tym kontekście bardzo obniżają wartość tłumaczenia błędy językowe i ortograficzne w rodzaju "depta" zamiast "depcze", "jakżesz" zamiast "jakżeż", czy "chichota" zamiast "chichocze", albo stylistyczne typu: "zawsze zdążamy z mamą zdążyć". Do drugorzędnych, acz irytujących, błędów zaliczają się np. "Kościół św. Chrystusa" (jako tłumaczenie Christuskirche), "Cygańska Górka", zamiast "Cygańska Góra". W moich oczach dyskwalifikuje natomiast tłumaczenie użycie przeklętego wyrazu "Starówka" (pisanego, a jakże, wielką literą), który 2 razy pojawia się w tekście. O dwa razy za dużo.
Kolejną cechą tłumaczenia, która może wzbudzać zastrzeżenia, jest kompletna niekonsekwencja w dziedzinie nazewnictwa topograficznego. W całej książce pojawiają się na równych prawach nazwy polskie i niemieckie, czasem równorzędne (tj. będące swoimi odpowiednikami w obu językach), a czasem kompletnie nie pasujące do realiów książki, wprowadzone bowiem na zasadzie nazewniczego gwałtu po 1945 r. (np. Żabi Kruk). Tu jednak będę bronił tłumacza (zwłaszcza, że sam postępuję podobnie). Mimo, że jestem zdania, że nazwy powinien był pozostawić w oryginalnym brzmieniu, przynajmniej w odniesieniu do ulic, rozumiem w pełni trudność zachowania konsekwencji w tej dziedzinie. Żelazne trzymanie się tej zasady spowodowałoby bowiem, że tytuł książki musiałby brzmieć "Często myślę o Danzig", bądź, co gorsza, "...o Danzigu". Owo przemieszanie nazw historycznych z polskimi – mimo powodowania pewnego chaosu w głowie czytelnika nie zaznajomionego z różnicami nazewniczymi dawnego i obecnego Gdańska – daje mu świadomość zmienności nazw ulic, placów i dzielnic, zmuszając go do pewnego intelektualnego wysiłku. Kolejnym argumentem na obronę przyjętej przez autora tłumaczenia chaotycznej konwencji jest fakt umieszczenia na końcu książki wykazu nazw dawnych i współczesnych miejsc opisywanych w książce.
Wszystkie te błędy, nieścisłości i usterki rażą i irytują, nie przesłaniając jednak wartości całego dzieła, które – jak wspomniałem wyżej – byłoby bez tłumaczenia niedostępne znakomitej większości polskojęzycznych czytelników.
Pozostaje zatem polecić książkę wszystkim miłośnikom i badaczom wcale już nie tak najnowszych dziejów Miasta. A tym, którzy kochają podziały – zwłaszcza te "na dwa" – dedykuję myśl autorki kończącą pierwszą część epilogu: Polski czy niemiecki – Gdańsk nadal jest Gdańskiem.
© by Akademia Rzygaczy Members