Biblioteka

Strona główna
ZOO Akademii

Stefan Chwin - Hanemann

hanemann.jpg
Inga:
Niewiele chyba jest, było i będzie książek, które sprawiły mi aż tak wielką trudność przy czytaniu, co „Hanemann” Stefana Chwina. Wstyd się przyznać, ale zaczynałam ją czytać aż trzykrotnie, cały proces trwał kilka miesięcy – ale dopiero dzisiaj, kiedy dobrnęłam do ostatniej strony, ostatniej linijki tekstu – widzę, że nie można było inaczej…
Rozczaruje się ten, kto szuka w dziele Chwina wartkiej, obfitującej w nagłe zwroty akcji – bo nie znajdzie jej. „Hanemann” to przepełniona melancholią opowieść o samotności i przemijaniu, opowieść, która w jakiś nieuchwytny sposób przypomniała mi o tym, że przeszłość i teraźniejszość splatają się nierozerwalnie.
Osamotnienie głównych bohaterów książki rzuca się w oczy już od pierwszych stron, poszczególne postacie w moim odczuciu stanowią byty osobne, oddzielone od reszty świata – taki jest Hanemann, taka jest Hanka i Adam. Wrażenie to potęguje jeszcze sam Chwin – jego powieść zdaje się być pozbawiona akcji, sprawia wrażenie szeregu oddzielnych obrazów, które ukazują - oddzielnie i po kolei - wszystkie osoby; takie ukształtowanie utworu jest jednym z powodów, dla których czytało mi się go tak ciężko.
Kolejną przyczyną przeszło trzymiesięcznej lektury „Hanemanna” jest styl jego autora. Chwin to mistrz pięknych, plastycznych opisów; tyle, że opisy te stanowią większą część książki i po pewnym czasie odnosi się wrażenie przerostu formy nad treścią. Muszę przyznać, że chwilami właśnie poprzez te opisy zaczynałam się gubić, umykała mi sama treść powieści – a wszystko to razem sprawiało wrażenie niemiłego chaosu… „Opanowanie” Chwina wymagało ode mnie naprawdę bardzo powolnego, dokładnego czytania – i nie zdziwiłabym się wcale, gdyby inni, mniej cierpliwi czytelnicy nie byli w stanie przez te właśnie opisy przebrnąć.
Jednak w „Hanemannie” nie szukałam ani akcji, ani chaosu czy spokoju; szukałam w nim przede wszystkim Gdańska. I – o dziwo – Gdańsk tam znalazłam. Gdańsk prawdziwy i żywy, nienachalny, ten, który był i przeminął, i ten, który trwa nadal. Z prawdziwą przyjemnością czytałam tamte, dawne nazwy – i po raz pierwszy chyba w życiu uderzył mnie tak bardzo kontrast byłego i teraźniejszego, choćby: »Na Langfuhr mówiono „Wrzeszcz”, na Neufahrwasser „Nowy Port”, a na Brösen „Brzeźno”. Były to nazwy trudne do wymówienia i zapamiętania.« Może czytelnikowi, który nie zna ani odrobinę dawnego Gdańska, obce nazwy utrudniają jeszcze bardziej czytanie – ale dla mnie – mówiącej na co dzień „Schidlitz”, „Heubude” czy „Hagelsberg” – dodaje to jedynie autentyczności i prawdziwości... I jeszcze – opis powolnego, wojennego umierania Miasta uświadomił mi także, że była to tragedia nie tylko ukochanych przeze mnie budynków i miejsc, ale także – tragedia ludzi…
Tak jak już wspomniałam, „Hanemann” jest książką trudną w odbiorze, która wymagała ode mnie niesamowitej koncentracji, niesamowitego skupienia - i dlatego też raczej nie nadaje się ona do czytania np. w autobusie czy pociągu. Jednak po trzech miesiącach zmagania się z lekturą, mogę powiedzieć – naprawdę, pomimo pewnych uciążliwości – było warto. A poniższy fragment zapadł mi w pamięć na zawsze: „A miasto rozpościerało się w dole, ciemnobrązowe, strzelające odblaskami z otwieranych okien, snujące wiotką pajęczynę dymów nad wysokimi kominami z poczerniałej cegły. Kafar firmy Lehra z Dresden powoli posapywał w głębi wykopu dawnej fosy, nad Bramą Wyżynną przelatywało stadko gołębi, a kiedy przysłoniwszy oczy wpatrywaliśmy się w daleki horyzont poprzecinany wieżami św. Katarzyny, małego i dużego Rathausu, kopułą synagogi i zębatym konturem św. Trójcy, widzieliśmy za mgiełką ciemną smugę morza, ciągnącą się od mierzei do urwisk Orłowa, i wiedzieliśmy, że miasto stać będzie wiecznie.”
© by Akademia Rzygaczy Members