Wydział Symbolologii

Strona główna
ZOO Akademii

Dyl Sowizdrzał

DylSowizdrzal01.jpg
Wielka sala Dworu Artusa, jedno z najpiękniejszych wnętrz na świecie, wypełniona jest setkami dzieł sztuki różnej wielkości, różnej wartości artystycznej, stanowiącymi przegląd sztuki i rzemiosła artystycznego kilku wieków od średniowiecza po zmierzch potęgi Miasta w XVIII w. Artefakty te, przywrócone obróconemu w perzynę wiosną 1945 r. wnętrzu cudem i latami pracy wielu znawców sztuki konserwatorskiej, muzealników, a zwłaszcza pasjonatów swojego zawodu, których los związał zazwyczaj na zawsze z tym wspaniałym miejscem, olśniewają nieodmiennie człowieka, który po raz pierwszy przestępuje próg Dworu. Nagromadzenie przeróżnych pod względem stylu, wymowy i znaczenia obiektów sprawia słuszne wrażenie pewnego chaosu. Słuszne, bowiem Dwór nie był, jakby się to komuś mogło wydawać, kaplicą ani salą obrad dostojnych gremiów (choć to mu się zdarzało). Był siedzibą kilku elitarnych stowarzyszeń gdańskich mieszczan, którzy schodzili się tam nie po to by obradować, a po to by biesiadować. Dwór Artusa był, obrazowo mówiąc, ogromnym piwnym barem, utrzymywanym przez członków miejskich konfraterni, zwących się „ławami”, która to nazwa nawiązywała do prawdziwych ław, na których zasiadali członkowie poszczególnych bractw w czasie swoich suto zakrapianych piwem spotkań. Z czasem nazwa „ław” rozszerzała się na cały obszar wokół i ponad miejscem gdzie stały ławy biesiadników. Te „strefy wpływów” były przedmiotem szczególnej troski i dumy bractw do których należały.
DylSowizdrzal02.jpg
Wielki piec przed 1945 r.

Wnętrze Dworu pełne jest zatem przedmiotów, które mają własną, często bardzo ciekawą historię, a nie rzadko kryją w sobie różne tajemnice.
Takim właśnie obiektem jest pochodzący z 1545 r. wielki piec, dzieło Georga Stelzenera. O piecu napisano wiele, jest to bowiem zabytek jedyny w swoim rodzaju. Jedenastometrowa konstrukcja była zapewne przez czas jakiś używana do ogrzewania sali Dworu. Obecnie, po rekonstrukcji zakończonej w kwietniu 1995 r. napalić się w nim już nie da. Można za to podziwiać portrety władców europejskich czasów renesansu - od polskich królów po cesarza i książąt Rzeszy - na półtysiącu kafli składających się na wielki piec. Od dostojnego tego towarzystwa mocno odcina się jedna z postaci, której wyobrażenie umieszczono po środku cokołu pieca, około metra nad posadzką. Na wystającej z gzymsu kamiennej płytce, sprawiającej wrażenie dodanej po zbudowaniu pieca, umieszczonej nieco skośnie, widnieje postać leżącego mężczyzny w dość nienaturalnej pozie. Poza ta wynika stąd, że dzięki takiemu ułożeniu ciała osobnik ów niby pozostaje frontem do widza, jednocześnie jednak, ponad brzegiem opuszczonych spodni, wypina pośladki, trzymając tuż przy nich okrągłą misę, w której domyślać trzeba się wypolerowanego zwierciadła. Postać ta to Dyl Sowizdrzał (Till Eulenspiegel), bohater dolnoniemieckiej legendy, słynny wesołek i kawalarz, szydzący z zatęchłych obyczajów i skostniałych form, prześladujący swoimi dowcipami ludzi statecznych, a przy tym pozbawionych polotu i prostoty myślenia. Jednym słowem – głos rozsądku i uosobnienie tzw. „chłopskiego rozumu” w pełnym sztuczności, napuszonym świecie późnego średniowiecza. Imię wesołka zostało spolszczone w XVI w. początkowo jako „Sownociardłko” (1530), a następnie w znacznie latwiejszy do wymówienia sposób jako „Dyl Sowiźrzał” (1540) i pod takim mianem - w nieco uwspółcześnionej wymowie - funkcjonuje do dziś w polskojęzycznym kręgu kulturowym.
Jerzy Samp przytacza w „Mieście czterdziestu bram” legendę o pobycie Dyla Sowizdrzała w Gdańsku. Według niej słynny wesołek miał przybyć do Miasta w czas Jarmarku i w przebraniu stanąć na Targu Węglowym – naonczas Placu Dominikańskim - oferując nie mniej nie więcej tylko... ostrzenie języka. Miał więc wielki kamień szlifierski i udawał, że ostrzy swój własny język. Kiedy rozeszła się wieść, że za niewielką opłatą każdy może swój język zaostrzyć, przez co uzyskać niesłychaną trafność wypowiedzi i powszechne uznanie słuchaczy, do kramu Dyla przybyli miejscy notable. Dyl uprzedził ich, że ostrzenie języka jest bolesne, a efekty widoczne będą dopiero po dwóch tygodniach, kiedy się język zagoi, ale nie odstraszyło to patrycjuszy chciwych uznania swoich oratorskich umiejętności, jak i nuworyszy, który krasomówstwem obiecywali sobie otworzyć drogę do miejskiej kariery. Więc Dyl ostrzył języki, przez co doprowadził do tego, że potencjalni mówcy z konieczności zamilkli zupełnie na obiecane dwa tygodnie. Tymczasem Dyl ulotnił się oczywiście. Kiedy naiwni patrycjusze zrozumieli jak dali się nabrać, zarządzili poszukiwania winowajcy. Dawno go już jednak w Mieście nie było. Dał „dyla”. Jego „cudowny” kamień szlifierski znaleziono gdzieś przy miejskich wałach. Na rozkaz wściekłych notabli został potłuczony na kawałki i włączony w bruk Targu Węglowego – w miejscu, w którym stał kram Dyla.
Tyle legenda. Ale na tym nie koniec dylowych dowcipów.
Zarówno niemiecka wersja imienia jak i jej spolszczony odpowiednik nawiązują do sowy i zwierciadła – co oczywiście może być interpretowane jako syntetyczne ujęcie postawy Dyla – mądrego ukazywania (odzwierciedlania) rzeczywistości poprzez kawały i psoty. Lingwistyczna analiza prowadzi nas jednak w zupełnie innym kierunku. Otóż w języku średniodolnoniemieckim, tym który używany był w całej strefie hanzeatyckiej, imię wesołka brzmiało: „Ulenspegel”. Słowa składające się na ten wyraz to ‘ulen’ – ‘wycierać’ i ‘spegel’ – ‘zwierciadło', 'tył' w sensie »zad« (por. łowieckie określenie zadów niektórych gatunków zwierzyny łownej - ‘lusterko’) Wyrażenie „Ul'n spegel” było w średniodolnoniemieckim wulgarnym i obraźliwym wezwaniem odpowiadającym kaszubskiemu zwrotowi „kisnij mia w rzyc”. Kiedy w ten sposób wytłumaczymy miano średniowiecznego wesołka, łatwiej nam zrozumieć pozę, w której wyobrażony on został na płytce zamontowanej na gzymsie cokołu „króla pieców”. Wydaje się, że szesnastowieczni Gdańszczanie lepiej od innych rozumieli prawdziwe znaczenie tego imienia - nigdzie indziej nie spotkałem się z tak dosadnym graficznym nawiązaniem do znaczenia imienia słynnego szydercy.
DylSowizdrzal03.jpg
Dyl Sowizdrzał na cokole odbudowanego "króla pieców"

Jakby tego było mało, istniał w Gdańsku obyczaj – dowcip godny samego Dyla – polegający na tym, że osobie pierwszy raz zwiedzającej Dwór Artusa sugerowano zmierzenie rozstawionymi ramionami szerokość pieca u podstawy, co nie mogło odbyć się bez znalezienia się ust mierzącego dokładnie naprzeciw sempiterny figlarza wyobrażonego na piecu. Jeśli ktoś nie zapamiętałby się w mierzeniu na tyle, by złożyć mimowolny ceremonialny pocałunek na Dylowym rewersie, bywał znienacka lekko dociskany przez figlarnych przewodników po pełnej wspaniałości sali Dworu. O tym subtelnym zwyczaju tak pisał w 1888 r. S.Tarnowski:
W kącie piec: zapewne król wszystkich pieców, wysoki na trzydzieści osiem stóp, zbudowany jak wieża w trzy czy cztery kondygnacje, z kafli, na których kolorami i wypukło przedstawione są różne sceny poważne lub żartobliwe: a tradycyjnie, odwiecznie powtarza się z obcymi ten sam figiel, niezbyt wykwintny, ale zwyczajem i śmiechem wieków uświęcony. Nieszczęśliwego turystę prowadzą do tego pieca i każą mu próbować czy go potrafi objąć rękami, a kiedy ręce, jak mógł najbardziej wyciągnął, tak że twarzą oparł się na kaflach, pokazuje się, że usta wypadają mu właśnie na jakąś wypukłą figurkę, która nie stoi przodem do publiczności.*
Opis tego samego figla daje nam Wilhelm Stryowski, słynny gdański malarz, w formie następującej fraszki:

Im Danz’ger Junkerhof, da steiht de grötzte Owen.
Vor dem ligt Uhlenspegel lang, ut Marmelsteen gegraven.
Ja selfst noch en dem Steen breckt ut sien tollet Wesen,
On es ob siene Blöss manch fiene Näs' gewesen,
Wiest sienen Blanken-Witz, heft vele met gefoppt.
Nemm die för em en Acht, sonst warst noch met vertoppt. **

co po polsku brzmiałoby mniej więcej tak:

W gdańskim dworze wielki piec stoi,
A na nim Sowizdrzał wyrzeźbiony broi.
W kamieniu nawet dowcip z niego nie umyka,
Gołej jego części nie jeden nos dotykał.
Wypiętym figlem wielu już splantował –
Uważaj bo i z ciebie rad by zażartował. ***
DylSowizdrzal04.jpg
Tak wyglądał moment składania pocałunku na Dylowych... plecach podczas mierzenia pieca. (fragment ryciny W.Stryowskiego)

Nie wiadomo dokładnie kiedy marmurowa płytka z podobizną figlarza pojawiła się na wielkim gdańskim piecu. Nie wiadomo również czy umieszczenie go tam było spowodowane chęcią rozluźnienia dostojnej atmosfery otaczającej koronowane głowy tamtych czasów, wyobrażone na kaflach pieca, czy też raczej świadomość znaczenia imienia wesołka i pomysłowość jego gdańskich naśladowców kazała umieścić jego taki, a nie inny konterfekt w miejscu, którego nie sposób nie uczcić pocałunkiem przy mierzeniu szerokości pieca. Niezależnie od powyższych wątpliwości i tajemnicy otaczającej w pewnym sensie przesłanie obecności Dyla Sowizdrzała na królu pieców, przez wieki był on stałym elementem programu zapoznawania przyjezdnych z najważniejszymi miejscami w Mieście, a więc w nieco przewrotny sposób stawał się wizytówką – symbolem Gdańska. I to zapewne symbolem, który „nieszczęśliwy turysta” bardzo dobrze zapamiętywał, zapewne lepiej i na dłużej niż inne turystyczne atrakcje Miasta.
Obecnie, dzięki słusznej trosce władz Muzeum Historycznego Miasta Gdańska, gospodarza Dworu Artusa, piec oddzielony jest od zwiedzających dyskretnym ozdobnym sznurem upiętym na przenośnych słupkach. Nie ma więc już możliwości kultywowania odwiecznej tradycji i zapoznawania naszych gości z całego świata z szerokością „króla pieców”. Trochę szkoda. Warto jednak pamiętać o tym obyczaju.

Opracował: prof. wirt. Grün

Ilustracje:
1) Podobizna Dyla Sowizdrzała z dzieła Hermanna Bote Ein kurzweiliges Buch von Till Eulenspiegel aus dem Lande Braunschweig. (źródło: gutenberg.spiegel.de)
2) Zofia Jakrzewska-Śnieżko, Dwór Artusa w Gdańsku, PWN 1972
3) foto: prof. wirt. Grün
4) Hans B. Meyer, Lachendes Danzig, Klausdorf/Schwentine 1982

* S.Tarnowski, Z wakacji, t. 2. Prusy Królewskie, Kraków 1888, s. 88-89, cyt. za: I. Fabiani-Madeyska, Odwiedziny Gdańska w XIX wieku, Gdańsk 1957, s.283-284
** Hans B. Meyer, Lachendes Danzig, Klausdorf/Schwentine 1982, s. 39
*** tłumaczenie: prof. wirt. Grün, podziękowania dla prof.wirt. Starego Szkota za konsultację językową.

7 kwietnia 2006
© 2006 Aleksander Masłowski
© by Akademia Rzygaczy Members