Wydział Zdrowotności


Strona główna
ZOO Akademii

Dżuma w Gdańsku

Dżuma… Co za złowrogie słowo.
Do dzisiaj, o kimś, kogo nie uznaje się w towarzystwie, mawia się „zadżumiony”.
Czytając o tej strasznej chorobie, przede wszystkim przychodzi na myśl „Dżuma” Camus; myślimy o tej chorobie jak o czymś bardzo odległym i już nieco dla nas nierealnym. Tymczasem dla Gdańszczan było to jak najbardziej realne doświadczenie i dla bardzo wielu ostatnie doświadczenie ich życia…
Życie ludzkie w przeszłości było niesłychanie nietrwałe. Było tak niepewną „inwestycją”, że dzieci – tak często umierające w niemowlęctwie – nie były nawet ujmowane w annałach rodzinnych. Szkoda było inkaustu i miejsca na stronicach kronik.
Śmierć była wszechobecna.
O ile jednak godzono się ze śmiercią wynikającą ze starości, choroby, czy wojny, o tyle śmierć w wyniku zarazy była czymś niezrozumiałym i nieprzewidywalnym. Była straszna.
Była jak grom z nieba. Długo też wszelkie zarazy, jakie dotykały Stary Kontynent, traktowano w kategoriach „Gniewu Bożego”.
Dżumę znano od dawna. Zwana była „czarną śmiercią”, „gorączką buboniczną”, „morem”, „czarnym powietrzem”, i bano jej się najbardziej ze wszystkich zaraz, jakie nawiedzały kontynent.
Ta straszliwa choroba przetaczała się przez Europę od VI wieku, powodując znaczne jej wyludnienie. Z tego czasu pozostało nam do dzisiaj powiedzenie „na zdrowie”, gdy ktoś kichnie, kroniki bowiem mówią, iż wiele osób umierało podczas kichnięcia (przy dżumie płucnej - łac. pestis pneumonica). W latach 1347/48 – 1352 dżuma zabrała około 1/3 całej populacji europejskiej… Epidemie więc traktowano jako kataklizmy.
W takich też kategoriach traktuje się do dzisiaj dżumę, jaka nawiedziła Gdańsk w roku 1709.
W wyniku epidemii trwającej od lipca do listopada tego roku, zmarło w Mieście i na przedmieściach ponad 30 tysięcy osób. To duża liczba, zważywszy, iż Miasto liczyło nieco ponad 50 tysięcy mieszkańców, do tego mieszkańców przedmieść mogło być około 20 tysięcy, więc dżuma zabrała prawie połowę ludności Gdańska.
Z analiz ówczesnych zapisków wiadomo, że powstanie „morowego powietrza” powszechnie wiązano z bitwą pod Połtawą. Kiedy niepochowane trupy poległych zaczęły się rozkładać – powietrze zatrute zostało przez „trupi odór”. Do ostatniej chwili jednak wierzono, iż epidemii nie będzie. Zima tego roku trwała w Gdańsku nadzwyczaj długo, bo aż do maja. I powszechnie panowało przekonanie, że mrozy, które trwały od grudnia, skutecznie uniemożliwią rozprzestrzenienie się jakiegokolwiek zagrożenia.
Bitwa pod Połtawą nie była przyczyną samą w sobie powstania epidemii. Już bowiem w 1708 roku zaraza pojawiła się w Płocku, Chełmnie, Toruniu, Grudziądzu i w Bydgoszczy. To cała tzw. Wielka Wojna Północna może być obarczana winą za rozprzestrzenienie się zarazy.
Zarazy dla Gdańska nie były nowością, bowiem jako miasto portowe nawiedzany był przez nie mniej więcej co kilkanaście lat.
Dżuma z 1709 roku jednak była dla mieszkańców zaskoczeniem. Od przeszło 50 lat nic takiego nie „spadło” na Miasto. Informacje o epidemiach przekazywane były jedynie przez starsze pokolenie i traktowano je jak mroczne legendy przeszłości. Tym większa panika wybuchła, kiedy nastąpiło zderzenie z realiami.
Starano się wprowadzić opiekę lekarską, zabezpieczać przed szerzeniem się choroby, organizować życie miejskie w czasie grozy, zabroniono hodowli trzody w mieście a także nakazano zbieranie odpadów z ulic i usuwanie padliny. Można powiedzieć, że zabrano się za stronę sanitarną miasta.
Dla nas ówczesne metody zapobiegania i walki z zarazą mogą wydać się (i wydają) śmieszne, czasem wręcz budzą grozę. Ale w XVIII wieku metody te uchodziły za powszechne i… nowoczesne.
Zalecano więc aby zażywać dużo ruchu na świeżym powietrzu, zalecano wręcz pracę fizyczną, do tego dobrze było okadzać się dymem – stąd na rycinach i przedstawieniach malarskich z tego okresu widzimy tyle postaci z fajkami w zębach. Zalecano również okadzanie domostw. Do tego używano siarki, smoły, jałowca, lub wysuszonego końskiego nawozu. Ale nie gardzono także żywicą, czy saletrą. By „wzruszyć stające powietrze” – stosowano także proch strzelniczy, więc w tym też czasie wiele domów straciło okna, drzwi czy dachy.
Zajadano się czosnkiem, używano tzw. anielskiego korzenia, czyli Arcydzięgla Litworu (który dzisiaj także stosowany jest w lecznictwie jako „środek rozkurczający i aromatyczno-gorzki w zaburzeniach trawienia. Ponadto jako łagodny środek moczopędny, napotny, wykrztuśny i uspokajający. Olejek stosowany bywa do nacierań jako środek łagodzący nerwobóle i bóle reumatyczne.
Znaczne ilości surowca używane są do wyrobu likierów i wódek gatunkowych. Młode ogonki i łodygi odpowiednio usmażone używane są w przemyśle cukierniczym przy wyrobie keksów i do dekoracji tortów i mazurków”*). Powszechnie też stosowano ocet tak do wdychania jak i do obmywań, oraz skórkę pomarańczy czy mirrę (Mirra - wonna żywica otrzymywana z balsamowca mirra Commiphora abyssinica; dawniej służyła do balsamowania zwłok, jako pachnidło i kadzidło. W związku z zawieraniem związków terpenowych jest gumą roślinną. Obecnie używana w przemyśle kosmetycznym**). Także tabaka miała popyt – aczkolwiek bano się kichać, pamiętając przekazy o zarazach z dawniejszych czasów…
DżumaWGdańsku01.jpg
Zaraza w 1709 r. według ryciny Samuela Donneta

Jeśli chodzi o żywienie – to zalecano dietę lekkostrawną – a więc drób i cielęcinę, gotowane ryby, i dużo owoców. Przestrzegano przed spożyciem mleka, nie zabraniając wszakże spożywania nabiału. Uważano, iż picie wódki zwiększa wchłanianie „złego powietrza”. Zalecano więc picie grzanego piwa, a do napojów radzono dodawać dużo soku z cytryny.
Na obrzeżach Miasta zakładano szpitale dla zadżumionych. Cechy obejmowały systemem opieki swoich członków. Nierzadkie stały się też przypadki adopcji osieroconych niemowląt.
Na redzie zastosowano 8-dniową kwarantannę dla statków przypływających do portu. U chorych z rozpoznaniem dżumy – stosowano bolesną „kurację” – a mianowicie nacinanie wrzodów.
Wiedziano iż ten rodzaj dżumy (pestis bubonica) wylęga się w organizmie w ciągu 2 do 7 dni od zakażenia. W tej bowiem postaci dżumy to pchły żerujące na zarażonych szczurach, a raczej ich ukąszenia, są przyczyną rozprzestrzeniania się tej straszliwej choroby.
Jako że pchły nie żerują na koniach, te nie chorowały, ani też nie zapadali na dżumę buboniczną ludzie mający stale do czynienia z końmi. I dlatego też na wszelkich rycinach czy obrazach przedstawiających epidemię dżumy, wśród częstych przedstawień martwych psów czy kotów – konie są jak najbardziej żywe – ciągną wozy ze zmarłymi. Widać zapach końskiego potu, a może uryny – skutecznie odstrasza pchły.
Popularne było też okadzanie dymem bursztynowym – czyli kadzidło. Zaobserwowano, iż nie cierpieli w wyniku zarazy szlifierze bursztynu… Ale to już materiał na zupełnie inną opowieść.
Jednym ze sposobów pochłaniania „złych toksyn” miało być wkładanie kawałka świeżego chleba w usta zmarłych. Jednakże opinia publiczna wstrząśnięta została przypadkami sprzedaży takiego chleba biedocie, przez pachołków odpowiedzialnych za pochówki.
Gdańsk nie zamknął bram podczas zarazy, nie zabrakło też dostaw żywności do miasta. Tak więc przy całym nieszczęściu, ludzie nie zostali dodatkowo skazani na śmierć głodową. Żywność dla miasta dostarczano z okolic Zblewa w poniedziałki, środy i piątki. Rozdział chleba odbywał się pod bezpośrednim nadzorem kierownika Urzędu Dobroczynności, dla biedoty był bezpłatny.
Przez cały czas trwania epidemii Gdańsk starał się utrzymywać kontakty handlowe ze światem. Wydano nawet specjalne zarządzenie aby nikt nie ważył się pisać o nieszczęściach jakie dotknęły Miasto. Kto by zaś napisał w liście o prawdziwych rozmiarach moru, miał być ukarany. Kary za opisywanie sytuacji w mieście były dotkliwe – od kary pieniężnej, poprzez areszt, aż do kary śmierci włącznie.
Odbywały się targi i działała giełda w Dworze Artusa.
Każdy, kto zaobserwował u siebie objawy choroby – miał zgłosić się do „rejonowego” chirurga, który zobowiązany był nieść pomoc. Chorym zabraniano opuszczać domostwa, których jednak nie znaczono już krzyżami, jak to robiono podczas poprzednich epidemii.
Ludzie panicznie bali się gorączki (strach przed gorączką pozostał do dzisiaj), bowiem tak właśnie zaczynała się choroba. Chorego ogarniały dreszcze i silne poty i skarżył się na ból głowy nie do wytrzymania. Następnie – około drugiego dnia – pojawiało się powiększenie węzłów chłonnych, z dużą bolesnością. Kiedy choremu pękały takie nabrzmiałe węzły – wierzono iż choroba z niego „uchodzi”. Stosowano nawet plastry rozgrzewające by przyspieszyć ten proces.
Faktycznie – nierzadkie były przypadki wyzdrowienia po takiej drakońskiej kuracji (tu polecam książkę „Forever Amber” Kathleen Winsor, a także Dzienniki Samuela Pypes’a – szczegółowo i bardzo dramatycznie opisują dżumę, jaka nawiedziła Londyn w 1665 roku).
Chorych leczyło 15 chirurgów opłacanych przez Miasto (fizycy, czyli dyplomowani medycy, raczej nie zapisali się chwalebnie i o nich nie będę wspominać).
Ponadto w okolicy organizowano szpitale i cmentarze. Z tego czasu właśnie pochodzi nazwa Dom Zarazy w Oliwie, kiedy to w Domu Bramnym urządzono lazaret dla mieszkańców okolicy.
Szpitale, jakie działały w mieście, to dzisiaj jedynie miejsca na mapie. A było ich parę. Lazaret (dzisiejsza ul. Dyrekcyjna) i Sierociniec, szpital na Siedlcach (dzisiaj okolice ul. Skarpowej), Bastiony: „Ryś”, „Wół” i „Lew”, dzisiejsze Grodzisko.
Pochówki objęte zostały surowymi ordynacjami. Należało odczekać dobę przed pogrzebem. Długo bowiem opowiadano sobie, jak o cudzie, o przypadku woźnego Gimnazjum Akademickiego, który odzyskał przytomność już na wozie z trupami. Ocalał i wyzdrowiał, co uważano za oznakę przychylności niebios.
Pochówki odbywały się bez trumien, grzebano ciała w masowych grobach. Rzadko zezwalano na grzebanie w obrębie murów miejskich w obawie przed szerzeniem się „złego powietrza” ale też ze względów estetycznych – bowiem „trupi odór” faktycznie był nie do zniesienia. Już i tak trupy rozkładały się na ulicach – trzeba pamiętać, ze główne uderzenie epidemii przypadło na lato. A grabarzy było… sześciu dla Miasta i sześciu poza nim. Zwyczajnie nie nadążali z pochówkami.
Już w lipcu cmentarz dla ubogich przy Kościele Bożego Ciała nie mieścił pochówków. Decyzją rady więc powstały nowe miejsca grzebalne – na przykład na Knipawie (dzisiaj zwanej „Rudno” – przy drodze na Elbląg), w okolicy Siedlec, oraz w okolicach Bramy Oliwskiej (okolice dzisiejszego Cmentarza przy Bramie Oliwskiej).
Chowano zmarłych, jak wspomniałam, w grobach masowych – które zasypywano dopiero po wypełnieniu. Cmentarze te nie istnieją, pozostały najwyżej w tzw. świadomości społecznej.
Tropienie „cmentarzy zarazy” – to dzisiaj jeden z częstych elementów tzw. ciemnej turystyki – obejmującej nie tylko miejsca kaźni czy mordów, ale właśnie takie pozostałości po dawnych plagach i zarazach. Przyznać jednak trzeba, że w wielu rodzinach (nie tylko polskich) do dzisiaj istnieje tradycja (przekazywana z pokolenia na pokolenie) składania kwiatów na obcym grobie lub na miejscu dawnego cmentarza – bo w ten sposób niejako składa się ofiarę pochowanemu w zapomnianym grobie przodkowi. Jest to pozostałość właśnie po epidemiach.
Zaraza z roku 1709 zaczęła wygasać w listopadzie – i zaobserwowano wtedy, że do miasta zaczynają masowo wracać ptaki, które uciekły zaraz na początku kataklizmu.
Oficjalnie oznajmiono o wygaśnięciu zarazy na początku kwietnia roku następnego. Zaś na dzień 27 kwietnia wyznaczono Dzień Dziękczynienia.
Oblicza się, iż w mieście zmarło w wyniku zarazy około 22 100 osób na ogólną liczbę zmarłych 24 533. To niemal połowa mieszkańców. Do tego dodaje się liczbę 8 tysięcy zmarłych na przedmieściach. Tak wiec ogólna liczba ofiar zarazy wynosi ponad 30 tysięcy. Jak na owe czasy i jak na ówczesną liczebność ludności miast – to ilość zastraszająca.
Gdańskowi nie dane było się podnieść z upadku spowodowanego „morowym powietrzem”. A i czasy nie były sprzyjające – czas wojen i niepokojów. Kres świetności Złotych Wrót Rzeczypospolitej.

Opracowała: prof.wirt. Kasia

* Źródło
** Źródło

26 stycznia 2006
© by Akademia Rzygaczy Members