Biblioteka

Strona główna
ZOO Akademii

Nelly Marianne Wannow, Byłam i jestem gdańszczanką

Novus Orbis, Gdańsk 2005

NellyMarianneWannow01.jpg
Pumeks:
Marianne Wannow opuściła Gdańsk 23 marca 1945 r. w wieku 10 lat. Ponownie odwiedziła Miasto dopiero w 1989 r., a już w następnym roku została konsulem generalnym Republiki Federalnej Niemiec w Gdańsku. Podczas swej dwuipółrocznej pracy nawiązała wiele przyjacielskich kontaktów z obecnymi Gdańszczanami i najpewniej to zadecydowało o wydaniu drukiem tej książki. Nie wyróżnia się ona bowiem szczególnymi walorami literackimi; również jej wartość poznawcza jest dość przeciętna - zresztą trudno oczekiwać, by dziecięce wspomnienia dorównały bogactwem i intensywnością szczegółów książkom pisanym przez ludzi, którzy w Wolnym Mieście żyli kilkanaście lat dłużej - jak Brunon Zwarra, Zygmunt Warmiński czy Maria Kurecka. Szczegóły we wspomnieniach Marianne Wannow dotyczą głównie umeblowania poszczególnych mieszkań, w których dziewczynka bywała - łącznie z tym, jak wyglądała serwetka na stole czy też gdzie przechowywano książki.
Brak najmniejszej wzmianki o tym, że autorka urodziła się jako obywatelka Wolnego Miasta, a następnie dopiero w wieku pięciu lat z woli Hitlera i Forstera stała się obywatelką Niemiec. 1 września 1939 jest wspomniany jedynie jako dzień, w którym "ostrzelano Westerplatte" i "zaczęła się wojna". Najwyraźniej utrata własnego państwa nie była dla dorosłych w otoczeniu Marianne wydarzeniem, które warto by w ogóle komentować.
Najciekawsze dla mnie były perypetie autorki po ewakuacji z Gdańska, czyli pobyt w obozach dla internowanych na terenie Danii, jest to bowiem wątek bardzo mało opisany w literaturze. Zwraca uwagę, że książka napisana jest w duchu "politycznej poprawności", w zasadzie nie istnieją w niej żadne konflikty - Żydzi pojawiają się tylko jako lekarze bądź urzędnicy bankowi, którzy w pewnym momencie emigrują do Ameryki; polskie robotnice w majątku wujostwa na Żuławach są pogodne, wesołe i bawią się z dziewczynką; inny robotnik przymusowy, Rosjanin, bezinteresownie pomaga Marianne i jej matce nieść ciężkie walizki do stoczni, gdzie oczekuje na nie statek. Również Duńczycy, mimo iż zabraniają internowanym opuszczać teren ogrodzony kolczastym drutem, są dobroduszni i współczujący. Jedyne bardziej cierpkie słowa padają w rozdziale opisującym pracę autorki w Gdańsku na początku lat dziewięćdziesiątych i dotyczą niechętnego stosunku polskich Gdańszczan do nowo powstałej organizacji Mniejszości Niemieckiej, która spotykała się z takimi szykanami, jak smarowanie budynku farbami (!) a nawet podobno podpalenia (?).
Tłumaczka na ogół dobrze wywiązała się z zadania. Przyjęta przez redakcję konwencja, że przy pierwszej wzmiance ulica czy inny obiekt występuje pod obecną i dawną nazwą, czyli "ul. Partyzantów [Mirchauer Weg]", a potem już tylko w brzmieniu obecnym, ma swój sens, byle była stosowana konsekwentnie. W niektórych miejscach "z rozpędu" tak samo potraktowano jednak także wyrazy pospolite niebędące nazwami, co daje efekt nieco karykaturalny, jak np. na stronie 26: "Ojciec został pochowany w rodzinnym grobowcu na cmentarzu [Friedhof] w pobliżu Hali Sportowej [Sporthalle] przy Wielkiej Alei [dziś budynek Opery przy Alei Zwycięstwa]." Redakcja przeoczyła też, że "Neuschottland" to nazwa ulicy - czyli konsekwentnie powinna być ona nazwana "ul. Wyspiańskiego", a nie - jak w książce - "Nowe Szkoty". Jedynym potknięciem tłumaczki, jakie dostrzegłem, jest pojawiające się kilkakrotnie "Gimnazjum Realne St. Johanna" - na wszelki wypadek wyjaśniam, że patronem tej szkoły nie był jakiś człowiek o nazwisku St. Johann, tylko po prostu święty Jan. Natomiast chyba winą autorki jest kilkakrotne użycie nazwy "ul. Kościuszki", mimo że ewidentnie chodzi o ul. Gen. Hallera - ale redakcja mogła to dostrzec i skorygować.
Na plus trzeba zapisać wzbogacenie tekstu fotografiami - najciekawsze są te, które pochodzą z rodzinnego archiwum autorki, bo większość pozostałych to zdjęcia dobrze znane czytelnikom serii albumów "Był sobie Gdańsk".
Podsumowując: książkę przeczytałem szybko i bez większych problemów, ale chyba rzadko będę do niej wracał i prędko zapomnę, co w niej było.
© by Akademia Rzygaczy Members