Wydział Postaciologii



Strona główna
ZOO Akademii
DorotaSchwartze01.jpg

Dorota Schwartze

(bł. Dorota z Mątowów Wielkich)

(1347-1394)

Urodziła się 25 stycznia 1347 r. we wsi Gross-Montau, czyli Mątowach Wielkich, jako siódme, najmłodsze dziecko Wilhelma Schwartze i jego żony Agaty, kolonistów sprowadzonych na teren Żuław Malborskich z dalekich Niderlandów przez przedsiębiorczych Krzyżaków. Matka Doroty znana była z pobożności graniczącej z przesadą, skoro wiadomo o niej, że potrafiła odmawiać różaniec aż do poranienia sobie dłoni. Dorota wyrastała w warunkach, które ukształtowały jej stosunek do religii w sposób bardzo wyraźny, rzec można fanatyczny. Matka wpajała córce od najmłodszych lat skłonność do postów i innych umartwień. Hagiografia późniejszej błogosławionej podaje na przykład, że potrafiła przez wiele nocy z rzędu powstrzymywać się od snu, spędzając je na żarliwej modlitwie. Ale widać taki tryb życia ma swoje plusy, skoro znana jest również historia o niezdarnej służącej, która oblała sześcioletnią Dorotę wrzątkiem, sama parząc się dotkliwie, podczas gdy gorąca woda nie uczyniła małej kandydatce na ołtarze żadnej szkody. W szóstym roku życia miała też Dorota otrzymać „dar” ukrytych stygmatów, co oznacza, że odczuwała ból w miejscach ran krzyżowych Chrystusa. Już w dzieciństwie zaczęła mieć wizje, w których Chrystus mówił do niej, obiecywał jej uczynienie z niej nowego człowieka i udzielał cennych rad co do sposobu pobożnego przebrnięcia ziemskiej wędrówki.
DorotaSchwartze02.jpg
Kościół w Mątowach Wielkich - miejsce chrztu Doroty Schwartze

Kiedy zmarł Wilhelm, ojciec Doroty, który wraz z jej matką szanował i promował życiową postawę swojej córki, głową rodziny został najstarszy brat, który postanowił za jednym pociągnięciem zrobić dobry interes na wydaniu panny za mąż i pozbyć się z domu dość zapewne uciążliwej dla otoczenia ascetki. Mimo, że dziewczyna marzyła o zostaniu mniszką, w 1363 r., mając 16 lat, poślubiła niemłodego już, bo dobrze już ponad trzydzieści lat sobie liczącego, Alberta, gdańskiego miecznika.
Tak trafiła do Miasta.
Nazwisko męża Doroty znajdujemy w spisie mieszczan Prawego Miasta z 1377 r., gdzie dowiadujemy się, że Albert Swertvegher mieszkał przy „acies longe platee”, czyli dzisiejszej Długiej. Zamieszkała więc przy głównej ulicy Gdańska, w miejscu odpowiadającym dzisiejszemu adresowi „Długa 64”, w dostatnim domu męża, który prosperował całkiem nieźle na krzyżackich zbrojeniach, związanych z niekończącą się krucjatą przeciwko pogańskim Litwinom, Żmudzinom, Prusom, a przy okazji nierzadko i Polakom. To co robił napawało jego przepełnioną chrystusową miłością żonę głębokim wstrętem. Szybko okazało się, że problem źródła dochodów męża nie jest jedyną przeszkodą na jej małżeńskiej drodze. Ortodoksyjna pobożność Doroty sprawiała, że nie chciała towarzyszyć mężowi w jego „światowym” życiu, nie nosiła pięknych strojów, nie chodziła z nim na huczne zabawy urządzane przez cechy – krótko mówiąc nie spełniała zupełnie jego oczekiwań, które zapewne miał, żeniąc się z młodą i piękną dziewczyną. Doskonale wywiązywała się za to z prokreacyjnych obowiązków małżonki, skoro od dziewiętnastego roku życia rodziła mężowi co roku nowego potomka, w efekcie osiągając nieco zawrotny, acz dość normalny w owych czasach, wynik dziewięciorga urodzonych dzieci. Inne obowiązki – w tym matki i pani domu mocno zaniedbywała. W procesie beatyfikacyjnym pojawił cały szereg zarzutów związanych z niewłaściwym i niedbałym prowadzeniem gospodarstwa, z których najciekawszym zdaje się ten, że to, co gotowała było niesmaczne. Dorota sama przestrzegała wszelkich postów i, gotując, narzucała je z pewnością rodzinie. A zalecanych postów w średniowieczu było w skali tygodnia znacznie więcej niż jeden jedyny piątek. Znana była również z rozdawania ubogim pieniędzy zaoszczędzonych w związku z prowadzeniem oszczędnej, bo bezmięsnej kuchni, i nie tylko takich. Cieszyła się bardzo złą opinią wśród sąsiadów i przyjaciół męża.
Frustracja Alberta osiągnęła z czasem taki poziom, że zaczął stosować względem żony brutalne metody perswazji. Urządzał awantury, nie pozwalał żonie na chodzenie do kościoła, w końcu zaczął ją bić. Spowodowało to, że jeszcze głębiej zamknęła się w swym wewnętrznym świecie. Jej życie wypełniała modlitwa i uczestnictwo w nabożeństwach. Przyjmowała swój los, poniżenia i maltretowanie ze strony męża za umartwienie i ofiarowywała je w pobożnych intencjach.
Albert czuł się coraz gorzej w roli męża pobożnie obłąkanej Doroty. Doskwierały mu z pewnością drwiny i znaczące spojrzenia znajomych, a w dobie dozgonności stanu małżeńskiego, nie miał możliwości uwolnienia się od tego ciężaru przez rozwód. Zaczął wyjeżdżać z domu na całe tygodnie, nadużywać alkoholu, zaniedbywał pracę i warsztat, intensyfikował też stopniowo przemoc względem małżonki. Któregoś razu, rozwścieczony prowadzonym przez Dorotę rozdawnictwem ciężko zarobionego przez siebie grosza, pobił ją do tego stopnia, że sądzono, że ta nie przeżyje. Nie był jednak złym człowiekiem, skoro ten czyn i jego efekty spowodował przełom w jego życiu. A może przestraszył się odpowiedzialności za swój czyn? Przez kilka tygodni pielęgnował żonę, która bardzo powoli wracała do zdrowia. Kiedy jej stan się poprawił sam zaprowadził ją do kościoła i odtąd wraz z nią modlił się, przyjmował sakramenty i żywił ubogich. Dorota po dojściu do zdrowia stała się stuprocentową świętą. Ziemskie życie zupełnie przestało ją interesować, całymi dniami modliła się, spała na ziemi z kamieniem pod głową, pościła, coraz częściej miała też mistyczne wizje. Jedną z nich opisał Jan z Marienwerder w sposób następujący: „Miało to miejsce w 1385 r., podczas modlitw w kościele Najświętszej Maryi Panny w Gdańsku. W czasie uroczystości kościelnej Dorota klęcząca w tłumie zobaczyła Chrystusa, który zbliżył się do niej i zabrał jej serce, a dał nowe, gorące i napełniające ją wielką radością i miłością do Boga”*
Albert coraz bardziej zbliżał się ku niej w pobożności. Tak zastało ich nieszczęście - podczas zarazy w 1373 r. stracili troje dzieci, a w 1382 r. kolejnych pięcioro. Ta rodzinna tragedia nie pozostała bez wpływu na ich dalsze życie. W 1380 r. złożyli w Kościele Mariackim śluby czystości, a w roku 1384 wyruszyli na pielgrzymkę do Akwizgranu, miejsca przechowywania relikwi męki pańskiej, krajki z szaty Marii Panny i szeregu innych świętych przedmiotów, które od czasu Karola Wielkiego gromadzone były w skarbcu tamtejszej katedry. Wracając przez tereny dzisiejszej Szwajcarii, w sanktuarium w Einsiedeln, Dorota zetknęła się z pobożnymi pustelniczkami, pędzącymi pustelniczy żywot w odosobnionych miejscach, a nawet zamurowanych żywcem w celach. Chciała pozostać wśród nich, jednakże, jako zamężna kobieta, nie uzyskała na to zgody miejscowych władz kościelnych, a nawet spotkała się ze zdecydowanie negatywną reakcją dla swych pustelniczych planów.
Po kilkuletniej pielgrzymiej tułaczce po Europie, w której od pewnego momentu towarzyszyła im jedyna ocalała z zaraz córka, powrócili do Gdańska. Nie czekały na nich jednak rodzinny dom i warsztat Alberta – zostały zajęte przez wierzycieli. W 1387 r. Albert, korzystając z resztek zasobów wybudował drewnianą szopę na Starym Mieście, w pobliżu Kościoła św. Katarzyny. W tym czasie, mając już ponad sześćdziesiąt lat, mocno podupadł na zdrowiu, nie mógł więc towarzyszyć żonie w jej pielgrzymce do Rzymu w 1390 r. , gdzie właśnie trwały obchody roku jubileuszowego. Dorota wyruszyła więc sama. Pielgrzymie niewygody, którym z radością poddawała się jej dusza, odbiły się negatywnie na jej zdrowiu – niewiele brakowało, żeby bose peregrynacje po Rzymie skończyły się tragicznie. Choroba jednak, a zwłaszcza wysoka gorączka były okazją do doznawania nowych wspaniałych wizji.
Spowiednikami Doroty byli kapłani z Kościoła Mariackiego, z których najbardziej znaczącym dla jej legendy stał się Mikołaj Hohenstein (z Pszczółek). On właśnie był również w Rzymie wraz z innymi Gdańszczanami na jubileuszowej pielgrzymce. Z jego relacji wiemy, że Dorota przez kilka tygodni chorowała, a uzdrowienie nadeszło za sprawą chusty św. Weroniki. Leżąc w gorączce miała wizję, z której dowiedziała się o śmierci męża w Gdańsku, który umarł w nędzy. I tak, uwolniona od ograniczeń stanu małżeńskiego, mogła Dorota sama pokierować swoim dalszym losem.
Wróciła do Gdańska 15 marca 1390 r. i od początku spotkała się z wrogością mieszkańców Miasta, czemu trudno się dziwić. Oprócz histerycznych zachowań pokutniczych, drgawek w trakcie nabożeństw w kościele, głośnych „rozmów z Chrystusem” i innych niekonwencjonalnych zachowań, zaczęła ostro atakować duchownych. Opinie o niej wahały się pomiędzy uznaniem za obłąkaną, a posądzeniem o opętanie przez szatana, co w tamtych czasach wcale nie musiało się wykluczać. Nieliczni tylko widzieli w niej osobę natchnioną.
Umysłowość schyłkowego średniowiecza różniła się jednak bardzo od czasów nieco późniejszych, kiedy to Dorota bez wątpienia trafiłaby prosto i bez specjalnych ceregieli na stos. Gdańscy księża zachowywali względem jej gorszących opinię publiczną zachowań i wypowiedzi daleko posuniętą ostrożność. Początkowo była upominana, następnie odsuwana od udziału w mszy i przyjmowania sakramentów. To powodowało jednak jeszcze większy zapał z jakim walczyła z postawami kleru, które uznawała za naganne.
Miarka przebrała się, kiedy powołując się na przywilej udzielony jej podczas wizji przez samego Chrystusa, zażądała codziennego prawa przyjmowania komunii, co w owych czasach było na tyle niedopuszczalne, że zostało uznane za bluźnierstwo i spowodowało żądania natychmiastowego wszczęcia procesu przeciwko Dorocie.
Proces rozpoczął się bardzo szybko. Dorota, badana przez znawcę prawa kanonicznego, proboszcza Marienkirche Christiana Rose, oświadczała gotowość spłonięcia na stosie za swoje poglądy, a nawet sfinansowania drewna potrzebnego do zbudowania stosu. W obronie szalonej świętej przed sądem biskupa włocławskiego stanął jej spowiednik – Mikołaj z Pszczółek – który wskazywał na uznane przykłady podobnego zachowania wśród świętych, ze św. Brygidą na czele. Kanoniczna analiza relacji z wizji Doroty nie wykazała żadnych treści bluźnierczych, związku z czym władze kościelne, z pewną ulgą zapewne, sprawę umorzyły.
DorotaSchwartze03.jpg
Panorama Marienwerder - dzisiejszego Kwidzyna

Dla mistyczki nie było jednak miejsca w Gdańsku, a dotychczasowy spowiednik nie czuł się dostatecznie kompetentny, by dalej być jej duchowym przewodnikiem. Zaproponował jej więc podróż do Marienwerder (Kwidzyna), gdzie działał najwybitniejszy w okolicy teolog – Johann von Marienwerder (w Polsce zwany też Janem z Kwidzyna), wykształcony w Pradze kanonik kwidzyńskiej kapituły.
Po czterodniowej pieszej wędrówce Dorota dotarła w 1391 r. do Kwidzyna, gdzie spotkała się ze znacznie życzliwszym przyjęciem niż w Gdańsku.
Miejscowa święta odpowiadała potrzebom teologicznym krzyżackiej doktryny – Zakon potrzebował własnych świętych, a Dorota była kandydatką idealną.
Jedyną córkę, Gertrudę Elżbietę, umieściła w klasztorze benedyktynek w Chełmnie, a sama zamieszkała w Kwidzynie, łącząc swoje mistyczne pasje z pracą w miejskim szpitalu. Ze swoich wizji zwierzała się nowemu spowiednikowi, Janowi z Kwidzyna, który konsekwentnie prowadził ją drogą do świętości i nie miał żadnych zastrzeżeń, kiedy oświadczyła, że chce być zamurowana przy katedrze, a nawet poparł jej starania w tym względzie u biskupa. Biskup, Jan Monch, wyznaczył jej półroczny okres oczekiwania, po którym, 2 maja 1393 r., nadając temu wydarzeniu stosowną oprawę, w uroczystej procesji poprowadzono Dorotę do specjalnie zaaranżowanej pod schodami na chór celi – czyli reklozorium – wejście do której zamurowano. Ze światem zewnętrznym łączyło celę jedynie małe okienko, przez które widać było ołtarz, dzięki któremu Dorota mogła się wreszcie bez przeszkód poświęcić wymarzonej nieustannej adoracji najświętszego sakramentu. Jan z Kwidzyna, być może na polecenie Krzyżaków, często bywał u owego okienka, rozmawiał z Dorotą, spisywał treść jej wizji i uzupełniał je fachowym komentarzem. Promował również fakt posiadania przez kwidzyńską katedrę świątobliwej pustelnicy, przez co zapewnił Kwidzynowi zwiększenie ruchu pielgrzymkowego, a pobożni pielgrzymi doznawali u zakratowanego okienka wizji, nawróceń i uzdrowień. Dorocie, zgodnie z późniejszym zeznaniem Jana z Kwidzyna, ujawniły się wówczas ukryte dotąd stygmaty.
Po czternastu miesiącach przebywania w zamurowanej celi, czterdziestosiedmioletnia Dorota dokonała żywota w dniu 25 czerwca 1394 r. Pochowana została w podziemiach kwidzyńskiej katedry św. Jana Ewangelisty, w krypcie biskupów, a pierwszy cud jej przypisywany miał miejsce już w dniu pogrzebu – mieszkance Kwidzyna, niejakiej Jutcie, przeszedł ból głowy trapiący ją przez poprzednich dziesięć lat. Odtąd cuda zdarzały się bardzo często.
Zainteresowanie pielgrzymów spowodowało, że w 18 tygodni po pogrzebie przeniesiono jej ciało do specjalnie zbudowanej krypty, nad którą wzniesiono poświęcony jej ołtarz. Tam właśnie modlił się polski król Władysław Jagiełło po zwycięskiej bitwie pod Grunwaldem, którą Dorota miała jakoby przepowiedzieć niedługo przed śmiercią, wraz z proroctwem o klęsce Krzyżaków. Tę wizytę zrelacjonował Jan Długosz: „Henryk, tameczny biskup pomezański, z kapitułą swoją i duchowieństwem w procesji na spotkanie króla wyszedł i przyjął go z należnym uszanowaniem. Wprowadziwszy potem króla do kościoła katedralnego, pokazał mu celkę i mieszkanie niejakiej Doroty, niewiasty pobożnej i świętobliwej, która wiodąc w tym miejscu życie ostre i pustelnicze, słynęła wielu cudami, lecz nie była jeszcze kanonizowana.”
DorotaSchwartze04.jpg
Niemiecki plan Katedry w Kwidzynie z zaznaczonym miejscem, gdzie znajdowała się cela bł. Doroty (Dorothea's Klause) i miejscem jej pochówku (Dorothea's Grab)

Kontynuując akcję rozpoczętą przez Jana z Kwidzyna, autora pierwszego „żywota” Doroty, w błyskawicznym tempie, przy poparciu wielkiego mistrza Konrada von Jungingen, rozpoczęto starania o kanonizację. W trakcie procesu prowadzonego przez biskupa chełmińskiego i opata oliwskiego spisano zeznania 257 świadków na temat duchowych zasług i cudów związanych z Dorotą. Osiem tomów dokumentacji wysłano w 1405 r. do Rzymu. Niestety zaginęły w drodze do Bolonii. A potem wybuchła wojna między Polską i Zakonem, z najsłynniejszą bitwą polskiej historii, w wyniku której pozycja Zakonu doznała takiego uszczerbku, że promowanie tego czy innego kandydata na ołtarze stało się bardzo trudne. Problemy finansowe państwa krzyżackiego, walczącego po wielkiej wojnie z Polską o utrzymanie granic, nie pozwalały na ponoszenie kosztów procesu, które bywały znaczne.
Projekt kanonizacyjny załamał się, kiedy po traktacie krakowskim w 1525 r. pruska część Zakonu Niemieckiego została sekularyzowana i przeszła na protestantyzm. Luterańskie reformy w Kwidzynie skończyły się likwidacją słynącej cudami celi świątobliwej Doroty oraz ukryciem jej ciała w nieznanym miejscu.
Próby dokończenia procesu i wyniesienia Doroty na ołtarze podejmowane były jeszcze kilkukrotnie. W 1637 r. biskup chełmiński Jan Lipski wydał dekret zatwierdzający jej kult, w latach międzywojennych biskupi gdańscy i warmińscy podejmowali dalsze próby. Dorota doczekała się beatyfikacji dopiero 9 stycznia 1976 r. kiedy papież Paweł VI podpisał dekret stwierdzający „heroiczność życia oraz istnienie kultu od niepamiętnych czasów”. Jej święto wyznaczono wówczas na dzień 25 czerwca.
Ciekawy jest zakres patronatu błogosławionej Doroty – nie dziwi to, że uważa się ją za patronkę Pomorza i kobiet, ale już roztoczenie jej patronowania na matki jest nieco zaskakujące, kiedy wziąć pod uwagę to, że, jeśli bazować na opiniach sąsiadów, matką była raczej niezbyt dobrą. Bez komentarza niech pozostanie patronat nad odlewnikami. Jest oczywiście również patronką Kwidzyna. W Gdańsku doczekała się po 600 latach pewnej formy uznania swojej życiowej drogi – nowoczesny kościół w Jasieniu, przy odwiecznej drodze do Kartuz nosi wezwanie „Bł. Doroty z Mątów”.
DorotaSchwartze05.jpg
Kościół pw. bł. Doroty z Mątów na Jasieniu

Postać błogosławionej Doroty z Mątowów Wielkich jest, jak widać, nieco kontrowersyjna. Jednakże jako osoba o bardzo wyrazistym charakterze, jest niejako „nośna ideowo”. Ten fakt zamierzali przecież wykorzystać Krzyżacy, kreując ją na rodzimą świętą i patronkę swojego pruskiego państwa. Do dzisiaj owa „ideowa nośność” znajduje swoje odbicie w nawiązaniach do osoby ascetki w kościelnych kazaniach, w których jawi się ona nie jako lokalna obłąkana, lub opętana przez złe moce bluźnierczyni, a jako autorytet moralny. Prymas Polski, abp J.Glemp powiedział o niej, rysując obraz świątobliwych niewiast średniowiecza: „Okazało się, że ten format kobiet był najbliższy potrzebom życia, że to one miały najlepsze poczucie rzeczywistości. Do takich kobiet należała błogosławiona Dorota z Mątowów, aktywna na terenie Pomorza Gdańskiego, ale doskonale znająca sprawy społeczne w Europie, którą znała z podróży. To ona kazała się zamurować w celi, którą dziś oglądamy w kościele w Kwidzynie, i z tej celi potrafiła udzielać mądrych rad ludziom zagubionym w rozgwarze świata.* Abstrahując od karkołomnej tezy o przystawaniu postaw Doroty do „potrzeb życia” i jej „wyczuciu rzeczywistości”, widać jak silne znaczenia można przypisywać jej osobowości, nawet dzisiaj, po sześciuset latach od jej śmierci. Nieco dziwnie brzmią powtarzane w katolickim piśmiennictwie tezy o tym, że Dorota "...jest dla nas wzorem żony i matki, współczesnej kobiety, która potrafi łączyć obowiązki wynikające z jej powołania z wiernością Bogu oraz znajduje czas na modlitwę i Mszę św."** Dorota była raczej idealnym przykładem nie przystawania do rzeczywistości, nieumiejętności połączenia codzienności z duchowością, a już o sprawnym łączeniu obowiązków domowych z powołaniem w jej przypadku nie ma raczej co mówić. Ale nie po to się kogoś beatyfikuje, żeby miał jakieś wady. Natomiast nazywanie Doroty „jedyną polską błogosławioną stygmatyczką” – też często spotykane w literaturze okołohagiograficznej jest już zwykłym nadużyciem.
Dorota swoim życiem budziła niepokój, z radością poddając się umartwieniom, odważnie ryzykując życiem przed kościelnym trybunałem, dając się wreszcie żywcem zamurować w kościelnym zakamarku. W społeczeństwie gdańskim, bogatym i wesołym, potrafiącym cieszyć się życiem, wolnym krokiem zmierzającym już wówczas ku reformacji i odmiennemu od katolickiego pojmowaniu drogi do zbawienia, wywoływała w ludziach zapewne co najmniej poważny dyskomfort psychiczny, żyjąc niczym postaci z biblijnych legend, w nędzy i upodleniu, ale z niebiańskim uśmiechem na ustach.
Umieszczenie jej w Galerii Gdańskich Nonkonformistów jest podyktowane tym, z jaką determinacją potrafiła głosić swoje przekonania, wbrew światu, mężowi, sąsiadom i kościołowi, tym, że potrafiła pozostać wierna swoim ideałom, nawet jeśli ideały te i ich realizacja odbiegały od standardów zdroworozsądkowych.
Pochodząca z rodziny o korzeniach w dalekiej Holandii, urodzona na Żuławach, odrzucona przez Gdańszczan, zmarła w Kwidzynie, jest jedną z najbardziej NASZYCH świętych (choć formalnie tylko „błogosławiona”, ale nie spierajmy się o szczegóły), dużo bardziej naszą niż np. św. Wojciech. Warto więc o niej pamiętać, niezależnie od oceny jej życiowej filozofii i postępowania, a my, Gdańszczanie, oskarżani o „nie poznanie się na jej świętości”, powinniśmy o niej pamiętać tym bardziej, wiedzieć kim była, co sobą reprezentowała i dlaczego tak, a nie inaczej potraktowali ją nasi przodkowie.


Opracował: prof. wirt. Grün

Ilustracje:
1) i 4) www.katedra.kwidzyn.pl
2) foto: prof. wirt. Kasia
3) przedwojenna pocztówka - Archiwum Akademii Rzygaczy
5) foto: prof. wirt. Mar-Zet

* cyt. za: Cz.Ryszka, Świadkowie Zmartwychwstałego Pana, w: Dzień Pański nr 22/2002
** Kazanie pasyjne w V niedzielę Wielkiego Postu Warszawa, kościół pod wezwaniem Świętego Krzyża 16 marca 1997 r.
*** bp Andrzej Józef Śliwiński, W sercu Jezusa nasze źródło życia i świętości – ze stron opoka.org.pl

25 sierpnia 2005
© 2003 Aleksander Masłowski
© 2004-2007