Wydział Parahistorii


Strona główna
ZOO Akademii

Hodegetria

Józef wszedł do domu, zawiesił fartuch na kołku i uśmiechnął się do żony. Odpowiedziała na jego uśmiech i sięgnęła do kołyski, w której gaworzyło dziecko. Józef wyciągnął przed siebie dłonie, a Maria podała mu malca, który rozpromienił się na widok ojca. Ten wziął go na ręce, czule przytulił i wyniósł przed dom, na wąską uliczkę, na której dzienny gwar stopniowo ustępował miejsca wieczornemu spokojowi. Stał chwilkę z dzieckiem w promieniach słońca chylącego się ku zachodowi, odpowiedział na pozdrowienie sąsiada, drobnego handlarza, wracającego właśnie z targu, i gawędził właśnie ze sprzedawcą wody, kiedy z głębi domu dobiegł głos Marii, wołającej męża na kolację.
Józef wszedł do domu i nadal trzymając małego w ramionach zasiadł do stołu, na którym Maria postawiła miskę ze strawą i kubek taniego, ale smacznego czerwonego wina – ulubionego wieczornego napoju męża. Józef jedną ręką przytrzymywał syna, drugą sięgnął do jedzenia. Mały kręcił się wesoło na jego kolanach, aż do chwili, kiedy małą rączką potrącił stojący na stole kubek. Wino rozlało się na deskach stołu szeroką plamą, ściekając na ubranie Józefa. Śmiejąc się z psotnej natury syna wstał od stołu i ułożył go na powrót w kołysce, sam zaś poszedł do izby sypialnej zdjąć poplamione winem szaty.
*   *   *   
Łukasz dotarł do Nazaretu. Na polecenie swojego mistrza, Pawła, odwiedzał miejsca, w których nauczał Zbawiciel, by tym lepiej przygotować się do napisania historii jego życia. Ludzie wskazali mu dawny dom cieśli Józefa, w którym nie mieszkała już od dawna Matka Zbawiciela. Sprzedała go wkrótce po Jego śmierci i przeniosła się do rodziny. Dom należał teraz do ubogich, ale porządnych ludzi, rodziny skromnego kramarza, pobożnego Żyda, który przeniósł się do Nazaretu z Aleksandrii. Mówiono, że musiał uciekać przed wierzycielami.
Łukasz stanął przed wejściem i pozdrowił właściciela, który, nieco podejrzliwie mu się przyglądając, pojawił się w progu. Łukasz bał się przyznać do prawdziwego powodu swojej wizyty. Wyjaśnił więc, że jest krewnym dawnych właścicieli i że kiedyś, jako dziecko, bywał w tym domu, ale potem wyjechał do Cylicji i stracił kontakt z rodziną. Teraz próbuje kogoś odnaleźć, a ten dom to jedyne miejsce gdzie przyszło mu do głowy szukać. Właściciel domu wydął usta, chwycił Łukasza za ramię i pociągnął go za sobą w głąb domostwa. Widać było, że pała potrzebą uświadomienia przybysza, który zapewne nic nie wie o tym, co spotkało jego krewnych. Opowiedział mu o proroku, co twierdził, że jest bożym synem, Mesjaszem, ba, nawet Bogiem samym! O tym jak go pojmano i ukrzyżowano, a potem on kupił dom od matki bluźniercy. Łukasz udawał zaskoczenie. Spytał, czy Żyd wie gdzie można szukać poprzedniej właścicielki domu. Rozmówca wzruszył ramionami i kazał mu pytać tych, co ją lepiej znali, a takich pełno jest w Nazarecie. Łukasz zapytał, czy nie zostało w domu coś z czasów gdy mieszkała w nim jego „rodzina”. Żyd odparł, że dom był prawie pusty, a tych kilka gratów, co zostały albo spalił, albo oddał biednym. Został tylko stary stół, który żona używała czasem do jakichś babskich prac. Łukasz poprosił by mu ten stół pokazać. Właściciel zaprowadził go na podwórze, gdzie z komórki wywlókł stary, zniszczony, niski stół. Otarł go rękawem z kurzu, a Łukaszowi serce zabiło jak młot. Oto na blacie ujrzał ciemniejszy zarys, w którym rozpoznał dziecko na rękach matki – nie miał wątpliwości – to był ON na rękach Matki. Zapytał, czy mógłby odkupić stół. Żyd spojrzał zaskoczony, szybko jednak zwietrzył interes i wymienił cenę. Łukasz zapłaciłby ją bez wahania, ale w Palestynie nie targować się znaczy obrazić kupca, więc podał swoją, a już po chwili doszli do porozumienia, a po następnej Łukasz, pożegnawszy się, wynosił stół przed dom. Nie chciał czekać. Tak szybko jak mógł wrócił do Jerozolimy i nazajutrz po powrocie zabrał się do pracy. Oczyścił stół, oderwał nogi i ustawił pionowo blat. Nie miał wątpliwości – oczami malarza widział w ciemnej plamie Matkę Zbawiciela i Jego samego na jej kolanach. Wiedział, że musi to namalować.
Malował szybko i sprawnie – nie zastanawiał się co i jak namalować – czuł się tak, jakby jego rękę prowadził kto inny, jakby kształty szczegółów obrazu i kolory same spływały z pędzla i układały się na połączonych deskach, które kiedyś były stołem Świętej Rodziny. Malował tak trzy dni i trzy noce, zapominając o jedzeniu i śnie. Kiedy skończył, odsunął się na kilka kroków od obrazu i ujrzał Madonnę, taką jaką miał w sercu, a na jej rękach swojego Zbawiciela, małego chłopca, który miał zbawić świat.
Hodegetria01.jpg
*   *   *   
Kiedy w 1444 r. Turcy pobili pod Warną młodego króla Węgier i Polski, w Konstantynopolu wiedziano już, dawna stolica Imperium nie ma szans na przetrwanie w morzu islamu. W wielkanocny poniedziałek 1453 r. pod murami zjawiła się niezmierzona chmara tureckiego wojska. Mówiono, że jest ich sto tysięcy. Przyprowadzili z sobą „smoka” – największe działo jakie kiedykolwiek widział świat – mostrum o lufie długiej na 15 kroków, która wypluwała kamienną kulę zdolną zrównać z ziemią całą dzielnicę. Z setki innych dział posypały się na miasto pociski, a hordy pogan w białych turbanach rzuciły się ku murom. To nie mogło się dobrze skończyć. Kto mógł i tak długo jak było to możliwe, ratował się ucieczką. Ale nie było dokąd uciekać, bo poza Konstantynopolem cały świat zdawał się być już podbity przez wojowników sułtana Mahometa II.
Hodegetria02.jpg
"Upadek Konstantynopola" - obraz Panayiotisa Zografosa

*   *   *   
Mnich Atanasios przemierzał na osiołku dzikie przestrzenie ziemi ruskiej. Jako jeden z ostatnich usłuchał rozkazu patriarchy i opuścił Konstantynopol oblężony przez niewiernych. Jechał tak od dwóch niedziel, a wiózł z sobą dwie święte księgi, blaszaną puszkę z Najświętszym Sakramentem i dużą ikonę – Hodegetrię – „Tę, która wskazuje drogę”, którą patriarcha kazał mu ratować, bo w zwycięstwo nikt już w Bizancjum nie wierzył.
Jadąc przez pustkowie płakał i modlił się za dusze tych, co zostali w bliskim upadku Konstantynopolu, a których los po zdobyciu miasta przez pogan był łatwy do przewidzenia.
Cudem uniknął tureckich podjazdów, zbójców, dzikich zwierząt i wszystkich innych nieszczęść, które spotkać mogły samotnego podróżnika. Nocował najpierw w zagajnikach lub na otwartym stepie, potem w chatach wieśniaków, którzy chętnie dawali schronienie uciekinierowi, kiedy na migi pokazywał im skąd jedzie i co stało się w mieście, o którym wiedział, że w tych stronach nazywano je „Carogrod”. To właśnie słowo nie raz otwarło mu drzwi i zapewniło miskę strawy.
Wycieńczony, brudny i obszarpany dotarł w końcu do miejsca, z którego ujrzał miasto – małe jak na jego wyobrażenie o miejskości, ale wielkie dla kogoś kto od dawna wędrował przez pustkowie. Otoczone nowymi, sądząc z barwy cegieł, murami, z wieżami i dymem z kominów, zdawało się obiecywać strudzonemu pielgrzymowi kres jego wędrówki. Prawie krzyknął z radości, kiedy zbliżając się do miasta dostrzegł na połyskującej w słońcu wieży krzyż z trzema poprzecznymi belkami, z których jedna, nachylona w prawo, przypominała o łotrze, który nawrócił się na Golgocie. Od ludzi mijających go na drodze prowadzącej do bramy dowiedział się, że to Lwów, miasto polskiego króla Kazimierza. Nie czyniono mu przeszkód we wjechaniu do miasta. Ludzie, którym pokazał krzyż wskazali mu drogę do kościoła. Kiedy dotarł przed jego bramę, nie zastanawiał się już nad tym, że to nie cerkiew, którą widział zbliżając się do miasta. Zsunął się z grzbietu osła, przeszedł chwiejnie kilka kroków i padł tuż przed otwartymi wrotami świątyni.
*   *   *   
Hodegetria03.jpg
Dawny kościół Dominikanów we Lwowie.

Była wiosna. Ale nie taka jak zawsze, przynosząca radość i rozkwit. Była to bowiem wiosna roku 1945. Przez świat przetoczyła się właśnie mordercza machina boga wojny. Całkiem niedawno miasto opuścili Niemcy, a na ich miejsce przybyli Rosjanie. Ale dziwni to byli Rosjanie. Wielu z nich patrzyło złowrogo spod zielonych hełmów skośnymi oczami, budząc wspomnienia sprzed siedmiu wieków, kiedy po raz pierwszy zawitały w te strony zagony tatarskich chanów. Jak wtedy, i tym razem nieśli śmierć, gwałt i rabunek.
Dominikanie wiedzieli, że nie pozostaną we Lwowie. Wiedzieli też, że czeka na nich cudem ocalały z piekła pożarów Kościół św. Mikołaja w Gdańsku. Pozostało zabrać najważniejsze rzeczy i ruszyć w drogę, do miasta, które było im równie obce, jak większości zmierzających „na Bałtyk” Polaków ze wschodu. Ale wiedzieli przecież, że kościół ten zbudowali przed wiekami ich bracia – gdańscy Dominikanie, a teraz pojawiała się szansa odzyskania go dla zakonu po 112 latach. Słyszeli też już opowieść o tym, jak kościół przetrwał dzięki imieniu swojego patrona – św. Mikołaja, którego Rosjanie bali się rozgniewać, ale i tę o księdzu Bruskim, który przekupił oddział czerwonoarmiejców spirytusem i posłał ich, żeby zamiast Mikołaja podpalili Kościół św. Brygidy. Woleli jednak wersję o autorytecie patrona.
Brat Wilhelm wszedł do Kościoła Bożego Ciała by się z nim pożegnać. Wszystkie rzeczy, które miały być zabrane, były już spakowane i gotowe do drogi. Smutne to było pożegnanie, bo kościół i klasztor były mu domem przez wiele lat.
Oprócz niego nie było w kościele nikogo. Ukląkł tuż przed prezbiterium i modlił się chwilę. Modlił się o to, by dotarli szczęśliwie do Gdańska, by kiedyś mogli tu wrócić, by... sam nie wiedział o co jeszcze. Ale Dominikanie od wieków wiedzieli, że tam ich dom, gdzie pośle ich Opatrzność, więc stłumił żal w sercu, przeżegnał się, wstał i ruszył w kierunku wyjścia. W wtedy zdało mu się, że słyszy głos. Nie wiedział czy w uszach, czy w sercu, ale usłyszał piękny kobiecy głos i słowa: „Wilhelmie, a ja?”
*   *   *   
Gorące sierpniowe popołudnie zachęcało do wejścia do chłodnego wnętrza kościoła. Zwłaszcza, że w czasie jarmarku Dominikanie udostępniali swój kościół do zwiedzania i można było zajrzeć w miejsca zwykle zamknięte. Bracia-przewodnicy mieli pełne ręce roboty, bo chętnych do zwiedzania nie brakowało. A można było zajrzeć i do krypty i na wieżę, więc wśród zwiedzających byli zarówno turyści, jak i Gdańszczanie, chcący wiedzieć więcej o zabytkach swojego Miasta. Szczególnie wścibscy i dociekliwi byli młodzi ludzie twierdzący, że są z jakiejś Akademii.
Młody Dominikanin po raz kolejny opowiadał o zabytkach, historii i ciekawostkach związanych z kościołem i dominikańskim klasztorem. Była to siódma grupa, którą oprowadzał tego dnia. A może ósma? Stracił rachubę. W jego głosie słychać było zmęczenie i znużenie powtarzanymi w nieskończoność opowiadaniami o polskich nagrobkach, o głównym ołtarzu z obrazem św. Mikołaja, o dwudziestu pięciu mniejszych ołtarzach i o krypcie pełnej czaszek. Było już zbyt późno, żeby chciało mu się wznosić na wyżyny przewodnickiego kunsztu.
Grupa zwiedziających przystanęła właśnie przed ołtarzem Najświętszej Marii Panny w północnej nawie. Brat-przewodnik szybko wyrecytował: „Stoimy przed ołtarzem Najświętszej Marii Panny, w centrum widzimy obraz Matki Boskiej Zwycięskiej z XIV w. przywieziony ze Lwowa. Wejdźmy teraz schodami za ołtarzem do Kaplicy św. Jacka.”
Odnalazł: prof. wirt. Grün

Ilustracje:
1) foto: prof. wirt. Grün
2) grecja.home.pl
3) lwow.home.pl
© Aleksander Masłowski 2005
© by Akademia Rzygaczy Members