Biblioteka

Strona główna
ZOO Akademii

Zarządzenie z 24 kwietnia 1945 r.

Już w kwietniu '45 roku zaczęła funkcjonować polska administracja w podbitym i zniszczonym Gdańsku. Najeźdźcy ze wschodu spalili Miasto, zgwałcili większość kobiet, zamordowali wielu pozostałych w Gdańsku mieszkańców i ruszyli dalej na zachód, pozostawiając oddziały okupacyjne, zajęte rabunkiem wszystkiego co wydawało im się cenne, i wcale nie tak znowu skore do przekazania Miasta Polakom.
Polacy natomiast rozpoczęli na swój sposób obejmować Gdańsk, spełniając swoje odwieczne marzenie o zawładnięciu kupiecką republiką u ujścia Wisły. Ale chyba nie do końca tak wyobrażali sobie ów, tak zwany "akt dziejowej sprawiedliwości". Miasto jeszcze się paliło, wszędzie słychać było huk walących się domów, port był zrujnowany, zaminowany i zablokowany wrakami, a po zakładach przemysłowych, ze Stocznią Schichaua na czele, grasowały sowieckie komanda.
Ale trzeba było mimo wszystko spróbować zacząć zagospodarowywać to morze ruin, które jeszcze niedawno było pięknym i dumnym Gdańskiem.
I tu pojawia się nasz dokument - Zarządzenie z 24 kwietnia 1945 r.:
zarzadzenie.jpg
Podpisał je w imieniu Zarządu Miasta Gdańska, jego pierwszy polski prezydent, Franciszek Kotus, naonczas jeszcze, jak widać, nie-Jankowski. Zwraca w nim uwagę przede wszystkim to, że do pracy przy - jak się należy z treści domyślać - odgruzowywaniu Miasta, wezwani są jedynie "Niemcy". Jest to dość oczywisty i pewnie całkiem słuszny odwet za to, jak owi Niemcy traktowali Polaków jeszcze za Wolnego Miasta i przez całą wojnę, tym niemniej jednak odwet. A zwracam na to uwagę jedynie dlatego, by nie umknęło nikomu to, że podobnie jak Niemcy w Polsce i Wolnym Mieście, Polacy również na terenach zawojowanych przez Armię Czerwoną i przekazanych polskiej administracji, korzystali z pracy niewolniczej i stosowali kryteria narodowościowe. Łatwo zrozumieć motywację i ówczesne poczucie pełnej sprawiedliwości (dziejowej) takich rozwiązań. Inna rzecz, że ciekawym jest jakie stosowano kryteria przy zapędzaniu ludzi do pracy z kilofem, szuflą czy wózkiem. Czy stosowano łokietkową zasadę młyna, mielenia i soczewicy? Zapewne to, że ktoś nie był Niemcem a Gdanszczaninem, nie robiło na Polakach wrażenia...
Innym bardzo ciekawym zjawiskiem uchwyconym w treści dokumentu jest proces polonizacji nazw w Gdańsku. Ulice w adresach komisariatów MO w Gdańsku, z wyjątkiem V Komisariatu we Wrzeszczu, są jeszcze nazwami starymi, choć nie zawsze bardzo starymi (vide: Horst Wesselstrasse). Natomiast w nazwach dzielnic widać już rozpoczęte przekształcenia. I tak Orunia, Wrzeszcz i Nowy Port noszą już nazwy w pełni polskie - takie, których używa się do dziś. Przedmieście Schidlitz (nazywane przed wojną po polsku Szydlicami) ewoluuje dopiero w kierunku obecnych Siedlec. Natomiast zupełnie jeszcze niemieckie pozostają nazwy Młodego i Dolnego Miasta. W przypadku tego drugiego, rozpęd lub pośpiech kazał uzupełnić nazwę "Strandgasse" skrótem "ul.", co powtórzono dość wiernie, lub bezmyślnie w niemieckiej wersji zarządzenia.
Zastanawiające jest też, na jakie to prawo wojenne powołuje się prezydent Kotus. Na prawo rozstrzelania bez sądu za niepodporządkowanie się poleceniom najeźdźcy? Chyba żadna poprzednia wojna nie toczyła się w bardziej pozbawiony jakichkolwiek zasad i praw sposób.
Nie wiem jak długo obowiązywało zarządzenie ani ile osób w jego wykonaniu pracowało przy oczyszczaniu ulic z gruzu. Jego treść dorzuca jednak kolejny kawałek układanki do obrazu tamtych potwornych dni.

Opracował: prof. wirt. Grün

8 sierpnia 2004
© by Akademia Rzygaczy Members