Wydział Bellografii
i Certaminologii


Strona główna
ZOO Akademii

Rzeź Gdańska

Tak to z czterech stron świata miasto kaszubskie otoczone zostało przez zastępy krzyżackie. (...) Z jednogłośnym okrzykiem - "Gmewe!" - który był tak wielki, iż zagłuszył do szczętu rozgwar targowicy, knechty zakute w żelazo, zmarznięte w rowach podmiejskich, rzuciły się naprzód. Szli z czterech stron wszystkimi drogami, wszystkimi ulicami. Niby ruchome mury runęli w bramy miasta. Wykłuli i wysiekli straże przede wroty rozstawione. Wyłamali i wyrwali bram zawory. Połyskując w świetle ostrzem nastawionych grotów, obnażonych mleczów i wzniesionych toporów wbiegli na rynek. Poprzez wywrócone stragany i budy przekupniów, poprzez zwierzęta i stosy towarów czarne wojsko krzyżackie rzuciło się skokiem na lud zgromadzony. Rąbano od ucha, ktokolwiek stał pod ostrzem topora. Ścinano łby kupców i chłopów, siekąc z ramienia aż do pasa. Ginęły baby i dziewki. Grot dzidy przeszywał po równo panów i kuglarzy. Trup rybaka walił się w gnojowisko świni, a bartnik padał w kadź z rybami. Ludzie na targowisku zebrani ścisnęli się w ucieczce panicznej i jako fala poprzez rozerwaną groblę runęli w jedne stronę, gdy na ich braci spadało nieszczędne żelazo. Lecz z każdej ulicy, z każdego załamania drogi, dokądkolwiek w ucieczce pędzili, raziła ich napaść równie straszliwa jak pierwsza. Pod nowym miejskim murem, nie wiedząc, dokąd się schronić, ludzie darli się pazurami na ścianę wysoką, ślepą i głuchą, jakby w nagłym olśnieniu pojęli, że ten mur kamienny zazna uczucia litości, gdy je ludzie stracili. Lecz wieża Kiek in die Kok niema była i z czucia wyzuta, wysoka w swej zemście, twarda w pogardzie i zabijająca z rozkoszą jak ludzie. Tam to, u jej stóp, rzeź stała się istnym piekieł obrazem. Krzyżackie soldnery, zaprawione do zbrodni najbardziej wymyślnych w lasach i na zgliszczach pruskiego podboju, rąbały tu ludzką masę, jak drwal rąbie drzewo, stękając od swej pracy i pocąc się w trudzie. Rycerze w liczbie szesnastu, których opiece oddało się było miasto, przetarłszy oczy ze strasznego zdumienia, porwali się do obrony. Zwoływali się w tłumie i poczęli wydawać rozkazy stadu ludzkiemu. Ten i ów dopadł w izbie pancerza, przypasywał oręż, wdziewał zbroję. Ten i ów walczył sam jeden z nawałą, zasłaniając piersiami kobiety i dzieci. Jak na samotnego w kniei odyńca rzucały się na tych mężnych psy niemieckie i osaczały każdego kupą, zgrają, nawałą. Żołnierzy pojmanych bez broni żołdactwo krzyżackie roznosiło na ostrzu żelaza, mordowało pospólnie. Ktokolwiek zostawił broń w gospodzie, na noclegowisku, pomykał klasztornymi zaułkami po zbroję. Lecz nim zdołał dorwać się miecza i hełmu, padał pod razami pościgu, w sieniach, w dziedzińcach, na schodach. Pewien szlachcic polski zginął na wieży kościelnej. Inny przypasawszy brzeszczot walczył sam z dziesiątkiem morderców w kościele. Żołnierze Zakonu wtargnęli do obudwu kościołów i przelewali krew ludzką wokół filarów, konfesjonałów i przy stopniach ołtarzów. Siekiera krzyżacka nie przepuszczała nikomu na targowicy. Płatała w szaleństwie zbrodni, w dzikim upojeniu, w zemście dla zemsty i w istnej sztuce mordowania. Jeden odcinał od zamachu głowy od tułowiów, inny oddzielał od ramion ręce wzniesione błagalnie. Aż świnie leżące w swych ciepłych kałużach poczęły ze zdziwieniem smakować w błocie krwią przesyconym. Popłynęły strumyki czerwone do łożyska Raduni. Zaczerwieniły się wody Motławy. Na próżno opat Rudiger usiłował zasłaniać bezbronnych, rzucać się między walczących i błagać o zaprzestanie mężobójstwa. Skamlania jego żadnego nie odniosły skutku. Pchnięto go poza siebie między konające, żeby tam sobie do woli spowiedzi posłuchał.
Rzadko dawniej wylano więcej polskiej krwi przy zdobywaniu jakiejś miejscowości, rzadko rzeź była bardziej nieludzka. Nie było żadnego rodzaju gwałtu i okrucieństwa, którego by ku zatracie Polaków nie użyła sroga ręka wrogów. Ośmielili się popełnić podwójną, niegodziwą i najohydniejszą zbrodnię, której nie można porównywać z żadnym barbarzyńskim okrucieństwem. Najpierw bowiem wezwani przez księcia Władysława Łokietka do obrony grodu Gdańska, wnet po haniebnym wygnaniu tych, którym przyszli z pomocą, zajęli gród. Następnie, kiedy wymordowali, jak jakie zwierzęta ofiarne, rycerzy, którzy przybyli na targ, zajęli z biegiem czasu miasto Gdańsk, a Polacy byliby woleli raczej ponieść klęskę z ręki Sasów niż z Krzyżakami odnieść zwycięstwo nad Sasami
Poruszające opisy, prawda? I jakże zgadzają się z tym, czego uczono nas w szkole...
Pierwszy to literacka wizja rzezi dokonanej przez Krzyżaków w Gdańsku w 1308 roku, ubrana w słowa przez wielkiego polskiego pisarza Stefana Żeromskiego w jego słynnym „Wietrze od morza” – zbiorku opowiadań z historii Pomorza Gdańskiego wydanym w 1922 roku i uhonorowanym natychmiast ministerialną nagrodą. Drugi – to fragment „Roczników albo kroniki sławnego Królestwa Polskiego” Jana Długosza, powstałych w połowie XV w.
Problem tylko w tym, że w obu opisach rzezi gdańskiej nie zgadza się prawie nic.

A jak było naprawdę?

U progu XIV w. stabilizacja polityczna w środkowej Europie była pobożnym życzeniem i pieśnią przyszłości. W Polsce trwały próby ratowania całości dawnego państwa piastowskich jedynowładców, które, w odróżnieniu od członków św. Stanisława, jakoś nie chciało się równie sprawnie zrosnąć. Na północ od granic polskich księstw rozwijało się niepostrzeżenie, ale dynamicznie państwo Krzyżaków. Na zachodzie, pomiędzy Wielkopolskę a Pomorze wciskały się klinem posiadłości brandenburskie. W Rzeszy chaos był jeszcze większy niż w Polsce i, w odróżnieniu od Polski, stan ten utrzymać miał się aż do XIX w.
Gdańsk i Pomorze Gdańskie, utraciwszy w 1294 roku samodzielność na mocy zawartego 12 lat wcześniej układu w Kępnie, stało się przedmiotem działań różnych aktorów czternastowiecznej polityki. Na dwa lata przypadł zatem Gdańsk wielkopolskiemu księciu Przemysłowi II, który przez rok zdołał nawet utrzymać na skroniach polską koronę królewską. W 1298 r., a więc w dwa lata po jego śmierci, Pomorze Gdańskie przypadło po raz pierwszy kujawskiemu księciu Władysławowi, z powodu nikczemnego wzrostu zwanego „Łokietkiem”. Nie trwało to długo, bowiem z impetem na scenę polskiej polityki wkroczył świeżo koronowany król Czech – Wacław II, który tuż przed swoją koronacją na króla Polski, sprawnie wykorzystał konflikt z Łokietkiem o złożenie hołdu lennego (1299) i na 5 lat usunął go z gry. Tak rozpoczął się siedmioletni okres rządów dwóch czeskich Przemyślidów, z których drugi na polskim tronie, a trzeci wg numeracji dynastycznej - Wacław, zginął z ręki skrytobójcy w Ołomuńcu w 1306 r. W 1301 r. Miasto przeżyło najazd księcia Rugii, Wisława II i wówczas po raz pierwszy pojawili się w nim Krzyżacy – jako sojusznicy polskiego (i czeskiego przy okazji) króla Wacława. Krzyżacy wywiązali się wówczas z sojuszniczej umowy nader sprawnie i lojalnie, rozpędzając Rugijczyków na cztery wiatry, poczym oddali Gdańsk Wacławowi – moment widocznie jeszcze nie był właściwy...
swiecowie.gif
Pieczęci członków rodu Święców

Po usunięciu Przemyślidów z polskiego tronu Gdańsk wraz okolicą wrócił w ręce Łokietka, który od dwóch lat kierował antyczeską rewoltą.
Szybki rachunek pozwala stwierdzić, że Gdańsk w ciągu 15 lat sześciokrotnie zmieniał władcę. Zarówno więc załoga gdańskiego grodu, jak i mieszczanie „lubeckiego” Miasta przyzwyczaili się już prawdopodobnie do częstych zmian suwerena.
Mam nadzieję, że snując powyższe wywody, zdołałem zachować chaos rzeczywistości gdańskiej i pomorskiej początku XIV w. Dalej będzie jeszcze gorzej.
Ogólny chaos europejski zachęcał do podejmowania śmiałych planów ekspansji. Nic więc dziwnego, że Gdańsk trafił w sferę zainteresowań gwałtownie rozprzestrzeniającej się Marchii Brandenburskiej. Głównymi aktorami tego aktu dramatu po stronie brandenburskiej byli jej ówcześni władcy, margrabiowie Otton IV ze Strzałą i jego bratanek Waldemar. Przydomek, który nosił starszy z nich – Otto (mit dem Pfeil – ze strzałą) przypominał o tym, jak w 1280 r. pod Staßfurt trafiony został w głowę strzałą, której nie dało się usunąć – chodził przeto przez następny rok z grotem wbitym w czaszkę. Zanim jednak Brandenburczycy zaatakowali Pomorze Wschodnie, zhołdowali ród Święców – rodzinę pomorskich możnowładców, którzy popadli w konflikt z Łokietkiem – pozbawiając tym samym polskiego księcia oparcia w najpotężniejszym pomorskim rodzie. Święcowie mieli ogromne długi, szybko więc zapałali uczuciem wierności względem Brandenburczyków, którzy w odróżnieniu od polskiego księcia, przeważnie mieli pieniądze i umieli ich używać dla powiększania strefy swoich wpływów.
W samym Gdańsku Łokietek też nie cieszył się specjalną popularnością, odkąd, kierując się charakterystyczną dla siebie gwałtowną i krótkowzroczną korzyścią, za bliżej nieokreśloną sumę pieniędzy, uprzywilejował w Mieście kupców z Lubeki, zezwalając im na utrzymywanie kantoru o charakterze strefy wolnocłowej, a zatem wyłączonego spod jurysdykcji miejskich władz, nie płacącego podatków i ceł. Posiadając takie przywileje kupcy z Lubeki byli wstanie szybko zrujnować miejscowy handel. Władca tak traktujący „swoje dobre miasto” nie zyskiwał sobie w nim specjalnej miłości poddanych. A handel – źródło dostatku i wspaniałości miast – wymaga spokoju i stabilnej polityki suwerena. Na to w Polsce nie było za bardzo co liczyć. Pojawił się przeto pomysł przejścia Gdańska pod władzę margrabiów Brandenburskich. Ekspansja brandenburska wzdłuż południowego brzegu Bałtyku była faktem, a na fakty nie wolno się obrażać. Znana powszechnie promiejska polityka margrabiów stanowiła dodatkową zachętę do zmiany władcy. Nie trudno się domyśleć, że promotorami tej koncepcji, a może i pośrednikami w negocjacjach byli Święcowie, którzy, jak wspomniałem wyżej, za Łokietkiem specjalnie nie przepadali, a od margrabiów otrzymali obietnicę spłaty ich licznych zobowiązań finansowych.
Zanim zaczniemy się zastanawiać co wydarzyło później w Gdańsku, niezbędne będą małe wyjaśnienia. Otóż – Gdańsk początku XIV w. to (podobnie jak później) zespół ludzkich osiedli o różnym wieku i różnym charakterze. Dla rozpatrywania wydarzeń roku 1308 najważniejsze jest zrozumienie różnicy i pobieżne określenie lokalizacji dwóch z nich. Pierwsze i starsze to gród gdański – miejsce starego i nie bardzo wiadomo kiedy i przez kogo zbudowanego założenia obronnego, a więc okolice ulic Grodzkiej, Rycerskiej i Wartkiej. Używając w dalszej części artykułu słowa „gród” będę miał na myśli li tylko gród w powyższym rozumieniu. Natomiast pisząc „Miasto” – będę przywoływał założone w poł. XIII w. przez Świętopełka Wielkiego miasto na prawie lubeckim, o do dzisiaj nie sprecyzowanej lokalizacji, ale według wszelkiego prawdopodobieństwa tożsame z okolicą kościołów św. Katarzyny i św. Mikołaja.
Wracajmy do naszej opowieści.
Kiedy na przełomie sierpnia i września 1308 r. Brandenburczycy przybyli do Gdańska, zastali otwarte bramy i oczekujących ich mieszczan życzliwie nastawionych do zmiany przynależności państwowej.
Wierni Łokietkowi rycerze i jego miejscowi stronnicy zamknęli się w gdańskim grodzie i tam odpierali dość nieudolne ataki brandenburskie.
otto.jpg
Otto IV ze Strzałą - margrabia brandenburski

Przewaga Brandenburczyków była jednak na tyle wyraźna, że los gdańskiego grodu pozbawionego odsieczy był raczej przesądzony. Nie nadchodziły również oczekiwane posiłki z Tczewa – najlepiej obsadzonego ośrodka łokietkowej administracji na Pomorzu. Miejscowy książę – Kazimierz – z przestrachem obserwował rozwój wydarzeń. W osobowości tego księcia wyraźnie dawała się dostrzec dążność do nienarażania własnej wysokości, czemu w związku z wydarzeniami 1308 roku dał jeszcze dowody. Henryk Głogowski w Wielkopolsce z satysfakcją obserwował kłopoty Łokietka – z jego strony również nie można było liczyć na pomoc.
Sędzia Bogusza – dowódca łokietkowego garnizonu gdańskiego grodu zdawał sobie sprawę, z beznadziejności sytuacji. Sposób prowadzenia przez Brandenburczyków oblężenia był jednak na tyle niedbały, że udało się oblężonym nawiązać kontakt z przeorem gdańskich Dominikanów – opatem Wilhelmem, który, zapewne w dobrej wierze, podpowiedział Boguszy rozwiązanie sprawdzone kilka lat wcześniej podczas najazdu księcia Wisława II z Rugii, kiedy to poproszeni o pomoc Krzyżacy szybko i sprawnie przepędzili Rugijczyków, a następnie grzecznie wycofali się za Wisłę. Bogusza wyboru wielkiego nie miał. Nie bardzo mógł myśleć o poddaniu grodu Brandenburczykom, bo jeśli nie oni, to już z całą pewnością mały książę kujawski uciął by mu za to głowę. Łokietek znany był z dość niskiej tolerancji dla tego typu zachowań dowódców grodów. Korzystając z nader luźnego oblężenia Bogusza wymknął się – lub raczej po prostu opuścił gród – odpływając jedną z grodowych łodzi, które Brandenburczycy najwyraźniej zapomnieli podpalić. Udał się do Elbląga, gdzie przedstawił sytuację samemu krajowemu mistrzowi pruskiemu, Heinrichowi von Plotzke, który zgodził się na przeprowadzenie interwencji w Gdańsku. Wstępna umowa przewidywała obsadzenie grodu i utrzymywanie go na koszt Krzyżaków przez rok w imieniu Łokietka oraz odbicie Brandenburczykom „lubeckiego” Gdańska. Bogusza, jak już jak wiemy nie był zbyt skłonny do targowania się, przyjął zatem warunki Plotzkego, zastrzeg jednak, że musi uzyskać ich zatwierdzenie przez księcia Władysława. Temu krzyżacki urzędnik nie sprzeciwił się. Bogusza wypłynął więc ponownie na wody Wisły i czas jakiś później odnalazł Łokietka w Sandomierzu. Łokietek zajęty (co później stanie się pewną tradycją polskiej polityki) na wschodzie, nie oponował przeciwko zwróceniu się do Krzyżaków, których uważał za sojuszników i przyjaciół, jednakże, wiedziony być może książęcą intuicją, ograniczył aprobatę dla krzyżackich warunków do połowy gdańskiego grodu. Bogusza wsiadł zatem do swojej łodzi i szybko – bo tym razem z prądem – ruszył na północ, myśląc zapewne po drodze, jak powiedzieć Krzyżakom o tym, że nie cały gród tylko pół. Ostatecznie, jak się zdaje, postanowił w ogóle im nic nie mówić. Konsekwencje zatajenia tej informacji miały okazać się poważne, aczkolwiek nie należy ich znaczenia przeceniać – ale o tym za chwilę.

Władysław I o mocno zawyżonych proporcjach na pieczęci z 1300 r.
W Toruniu lub w Chełmnie spotkał się Bogusza z komturem krajowym chełmińskim, Gunterem von Schwarzburg, który zawiadomiony o „współnych” planach interwencji w Gdańsku, obejrzawszy łokietkowe pełnomocnictwa sędziego, szybko i sprawnie rozpoczął wyprawę. Jej siły ocenia się na 100 rycerzy zakonnych i 200 pruskich lenników. Kiedy Krzyżacy wraz z Boguszą zbliżyli się do Gdańska, Brandenburczycy wycofali się bez walki. Jest to o tyle zrozumiałe, że byli w zasadzie pozbawieni dowódców, a oblężenie grodu i tak im jakoś nie szło. Margrabia Waldemar zajęty był bowiem sprawami sukcesji tronu cesarskiego, natomiast stary Otto ze Strzałą od pewnego już czasu nie żył. Odwiecznie polski Gdańsk, po opuszczeniu go przez Brandenburczyków nie przywitał jednak z radością wynajętych przez polskiego księcia wyzwolicieli. Wręcz przeciwnie – zamknął bramy i przed nimi i przed podległym Boguszy rycerzom z grodu.
Wobec takiego obrotu sprawy Krzyżacy zajęli połowę grodu, ale nie dlatego, że realizowali w ten sposób zmodyfikowane warunki umowy z Łokietkiem, a raczej w ramach podzielenia się miejscem z załogą Boguszy. Uważa się, że Krzyżakom przypada tzw. „siedziba feudała” – czyli mniejsza, ale lepiej ufortyfikowana, górna część grodu. Zwolennicy Łokietka pozostali natomiast w dolnej – obszerniejszej, ale przez to trudniejszej do obrony części.
Miasto natomiast przygotowywało się do odparcia spodziewanego ataku polsko-krzyżackiego. I rzeczywiście – atak taki nastąpił. Ramię w ramię stanęli obok siebie rycerz polski i Krzyżak, co, zdaje się, nie do końca odpowiada ani polskiej, ani niemieckiej mitologii historycznej. Jednakże zdobycie Gdańska okazało się nie tak proste, jak pozbycie się z niego Brandenburczyków. I kto wie jak cała rzecz potoczyłaby się dalej, gdyby nie konflikt pomiędzy Boguszą, a Krzyzakami. Stało się to, kiedy do Gdańska przybył krajowy mistrz pruski, Heinrich von Plotzke, i, ku swojemu zaskoczeniu, stwierdził, że garnizon wierny Łokietkowi i jego dowódca – Bogusza, nie wywiązują się z elbląskiej umowy i nadal zajmują połowę grodu. Być może wówczas Bogusza –znacznie już spokojniejszy o wynik całej afery – przyznał się do jednostronnej zmiany warunków umowy przez swojego suwerena. Efekt był taki, że Krzyżacy nałożyli nań areszt i zamknęli w swojej części grodu. I tak, oblężenie „lubeckiego Gdańska” zostało zawieszone wobec rozpoczęcia walki wewnątrz grodu, ponieważ łokietkowy garnizon z dolnej części grodu usiłował odbić swojego dowódcę. Bogusza ugiął się jednak w końcu i razem ze swoimi podwładnymi opuścił gród. Co działo się z nim i załogą dalej, nie bardzo wiadomo – być może rozjechali się do domów, może zasilili garnizon tczewski. W każdym razie ze sceny gdańskiego teatrum z tą chwilą znikają. Pozostają Krzyżacy zajmujący gród i zamknięci w Mieście Gdańszczanie.
I tak dochodzimy do tragicznej nocy z 12 na 13 listopada 1308 r.
Któryś z kolei krzyżacki szturm na Miasto skończył się sukcesem i wdarciem się atakujących poza wały. Co działo się dalej? Nie bardzo wiadomo. Jedno jest pewne – wówczas miały miejsce wydarzenia, które do historii, a przy okazji i do mitologii, przeszły pod nazwą „rzezi Gdańska”. Rozbieżność danych co do ilości ofiar jest ogromna. Papieska bulla z roku 1310 mówi o dziesięciu tysiącach. Krzyżacy twierdzą, że zgładzili 16 osób. Obie te liczby nie mogą być prawdziwe, bowiem dziesięciu tysięcy ludzi w ówczesnym Gdańsku po prostu nie było, a wybicie 16 osób nie bardzo według ówczesnych obyczajów wojennych mogłoby uchodzić za rzeź. W braku wiarygodnych źródeł możemy puścić wodze fantazji i wyobrazić sobie ten moment. Krzyżacy wdarli się do Miasta, które dość skutecznie przez czas pewien odpierało szturmy, przez co zapewne nie zyskało sobie życzliwości wśród atakujących. Kiedy w końcu udało się tym ostatnim wedrzeć poza miejskie obwałowania, gdzie walka bynajmniej nie przygasla, sprawniejsi w wojennym rzemiośle Krzyżacy i ich pruscy sojusznicy zapewne nie bardzo oglądali się na to, kto im się nawija pod miecz czy topór. Była noc, która mimo podpalenia (w celach oświetleniowych zapewne) części zabudowy, dodatkowo utrudniała humanitarne zachowania. Ginęli więc obrońcy, w płomieniach ginęły ich rodziny, ci którzy w bitewnym chaosie biegali po ulicach, też zapewne niejednokrotnie gwałtownie kończyli życie. Wojna to i zginąć łatwo. A po ciemku jeszcze łatwiej. Trudno wyrokować, czy większość zabitych (ilu by ich nie było) stanowiła przypadkowe ofiary zamętu po udanym szturmie, czy też żołnierskiej swawoli. Wygląda na to, że plany Krzyżaków nie obejmowały zachowania Miasta, być może więc dowódcy w ogóle nie przeciwdziałali objawom rozładowywania bojowego stresu swoich podwładnych. Kiedy wstał świt Miasto było częściowo spalone, a pewna część jego mieszkańców nie dożyła ranka. Prawdopodobnie Krzyżacy przeprowadzali wówczas egzekucję tych, do zabicia których później się otwarcie przyznawali. Wiemy to stąd, że był już wtedy w Mieście jedyny później zeznający naoczny świadek tych chwil – opat oliwski Rudiger. On właśnie zajął się duszpasterską opieką nad podlegającymi egzekucji... rycerzami. Cóż to mogli być za rycerze, skoro załoga wierna Łokietkowi usunęła się z dramatu nieco wcześniej? Przecież oczywistą rzeczą jest to, że pomimo konfliktu z Krzyżakami, łokietkowi rycerze nie zostali po wygnaniu z grodu wpuszczeni do Miasta, które chwilę wcześniej właśnie przed nimi się broniło. Otóż mogli to być jedynie członkowie stronnictwa Święców, zwolennicy przejęcia Pomorza przez Brandenburgię, a zatem z polskiego punktu widzenia zdrajcy. Ich właśnie spowiedzi poprzedzającej egzekucję słuchać miał opat Rudiger. Swoją drogą ciekawe dlaczego nie zajęli się tym miejscowi Dominikanie, albo proboszcz ze św. Katarzyny? Może i oni nie przeżyli listopadowej nocy, a może egzekucje odbywały się w grodzie, dokąd jako „miejscowi” nie mieli wstępu. Opat z Oliwy, zapewniwszy niektórym z brandenburskich stronników ostatnią posługę, uzyskał od Krzyżaków zgodę na zabranie ich ciał, które przewiózł do Oliwy i pochował przy Kościele św. Jakuba w pobliżu klasztoru Cystersów.
atak.jpg
Wiadomo również, że bezpośrednio po, lub w czas jakiś po zajęciu Miasta, Krzyżacy przystąpili do jego likwidacji i wypędzenia mieszkańców. W późniejszych procesach twierdzili, że mieszczanie sami opuścili Gdańsk, uprzednio rozbierając swoje domy. Znacznie bardziej prawdopodobnym wydaje się to, że nie mając dostateczniej ilości wojska do obsadzenia Miasta, postanowili je unicestwić, pozostawiając jedynie gród. W ten sposób, według wszelkiego prawdopodobieństwa zniknęło miasto zwane „lubeckim”.
Co na to strona polska? Otóż najbliżej, bo w Tczewie, rezydujący książę Kazimierz udał się samotrzeć w stronę Gdańska, i na kolanach błagał krzyżackiego dowódcę o to by zaprzestał dzieła zniszczenia. W odpowiedzi usłyszał, że ma jeszcze szansę na uniesienie głowy, bowiem następny w kolejce do przejęcia i zniszczenia jest właśnie Tczew.
Wieść o losie Gdańska rozeszła się szybko, przeto w chwili pojawienia się pod murami Tczewa krzyżackich oddziałów, miasto nie stawiało oporu i wpuściło Krzyżaków. Kazimierz uciekł, mieszczanie tczewscy – podobnie jak gdańscy – zostali wypędzeni, z zapewnieniem bezpiecznego przejazdu przez kontrolowane przez Krzyżaków tereny i zakazem powrotu. Sam Tczew został również zburzony. Akcja przeciw kolejnemu ośrodkowi władzy polskiego księcia na Pomorzu świadczy dobitnie, że krzyżacka polityka od początku tej akcji zmierzała do aneksji całego tego obszaru.
Tak, w skrócie który pozwala, jak się zdaje, zrozumieć logikę wydarzeń, przedstawia się historia rzezi Gdańska z 1308 roku. Nie uda się prawdopodobnie nigdy ustalić ilości mieszkańców Miasta, którzy stracili życie z rąk krzyżackich. Nie w tym jednak rzecz. Rzeź – w takiej czy innej formie – miała miejsce i tego faktu nie zmienimy. Nie oznacza to jednak, że w ciągu wieków nie przypisywano jej różnego znaczenia. Pomijając ciągnące się latami procesy polsko-krzyżackie w XIV w., gdzie wiele osób zeznawało na temat interesującej nas nocy (dodajmy, że rozbieżnie i ogólnikowo), przejdźmy do współczesnej recepcji tragedii.
Jak wszyscy wiemy ze szkoły (z góry przepraszam nauczycieli historii, którzy nie uczą dzieci podobnych mitów), w 1308 r. Krzyżacy napadli na Gdańsk, a dzielny rycerz Bogusza i załoga broniła grodu i miasta, a kiedy obrońcy ulegli, Krzyżacy wymordowali wszystkich polskich rycerzy i równie wszystkich mieszczan, co spowodowało, że Motława (w niektórych wersjach nawet Radunia) stały się czerwone od krwi. Bohaterskich obrońców polskiego Gdańska przed Niemcami uwidoczniono w formie napisu „Rzeź Gdańska 1308” na pomniku „Tym, co za polskość Gdańska”, wzniesionym na Podwalu Staromiejskim. Taką wersję można usłyszeć od większości tych Polaków, którzy słyszeli cokolwiek o historii w ogóle, historii Gdańska, albo oglądali film „Znak orła”.
pomnik.jpg
Pomnik "Tym co za polskość Gdańska" na Podwalu Staromiejskim, przez niektórych zwany wręcz "Pomnikiem Rzezi Gdańska"

Zamieńmy się teraz w bezstronnego obserwatora, który stoi przed pomnikiem „Tym, co za polskość Gdańska” i z bezgranicznym zdziwieniem konstatuje, że ofiary gdańskiej rzezi również zostały nim uhonorowane. Zbuntowani przeciwko polskiemu władcy niemieckojęzyczni mieszczanie, którzy chcieli oddać Gdańsk Brandenburgii i pomorscy rycerze, stronnicy tejże? Przecież z polskiego punktu widzenia i jedni i drudzy byli zdrajcami, a kara za zdradę była wówczas jedna. O co więc rozdzierać szaty? Gdyby plany Krzyżaków nie były nieco bardziej dalekosiężne i gdyby nie miał miejsce konflikt o pół grodu, to wierni Łokietkowi polskojęzyczni rycerze z całą pewnością wzięliby udział w owej rzezi i to bynajmniej nie jako strona rżnięta. Pomnik na Podwalu jest zatem w pewnej mierze (nie pierwszym zresztą) pomnikiem zdrady, wynikającym z przekłamania historii dla doraźnych celów propagandowych.
Historia „Rzezi Gdańska” jest jednym z dowodów na słuszność bon motu mojego skromnego autorstwa, stwierdzającego, że tu, na pograniczu, podziały na dwa są zawsze fałszywe. Tu wszystko dzieli się co najmniej na 3, a częściej na 4, 5 i więcej. Z zadowoleniem należy przyjąć fakt pojawiania się w publikacjach popularnych (chociażby w ostatnio wydanej przez Gazetę Wyborczą „Kronice Świętego Dominika”) jasnych stwierdzeń o tym, że w 1308 r. Niemcy rżnęli Niemców – co jest oczywiście pewnym uproszczeniem, ale o niebo prawdziwszym od koncepcji wpajanych Polakom przez szkołę i literaturę przez lata. Oby tak dalej.


Opracował: prof.wirt. Grün

Ilustracje:
1) www.pomorze.gcl.pl
2) Fragment ilustracji z Codex Manesse (ok. 1300 r.) z de.wikipedia.org
3) Odrys pieczęci Władysława Łokietka z Geografii historycznej ziem dawnej Polski Zygmunta Glogera z 1903 r. (univ.gda.pl)
4) Fragment tzw. screenshotu z gry Medieval Total War - Kingdoms firmy The Creative Assembly ze strony www.4players.de
5) www.dux.turystyka.pl

6 września 2007
© 2007 Aleksander Masłowski
© by Akademia Rzygaczy Members 2004-2009