Biblioteka

Strona główna
ZOO Akademii

Hanna Domańska, Śladami gdańskich zabytków

domanskasladami.jpg
Grün:
Ta malutka, niespełna 150-stronnicowa książeczka to prawdziwy skarbczyk informacji o najważniejszych istniejących zabytkach Gdańska. Poszczególne rozdziały poświęcone są takim perłom gdańskiej architektury jak Kościół Mariacki, Dwór Artusa czy Wielki Młyn. Nie braknie jednak w książce opisów mniej znanych, a równie ważnych obiektów zabytkowych, a to na przykład Restauracji „Der Lachs” na Szerokiej, zboru Mennonitów czy wreszcie Generalkommando zwanego jeszcze ciągle „Żakiem”. Artykuły są krótkie i zwięzłe, nie nudzą czytelnika nadmiarem opisów, pozwalają szybko i bezboleśnie poznać miejsca najbardziej warte odwiedzenia w historycznej części Miasta. Ilość i szczegółowość informacji zawartych w tej bardzo przystępnej formie budzi zaufanie czytelnika. I tu właśnie niestety okazuje się, że pani Domańska nader często mija się z faktami znanymi z historii Gdańska i jego architektury.
Czytając książkę natrafimy więc na szereg nieścisłości, parę rażących przemilczeń i znaczącą liczbę informacji ewidentnie nieprawdziwych.
I tak, w rozdziale o Baszcie Łabędź dowiadujemy się, że została ona zburzona przez mieszczan wraz z krzyżackim zamkiem w 1454 r. "po upadku Zakonu". Ciekawe jakiż to upadek ma na myśli autorka, skoro wojna 13-letnia trwała jeszcze do 1466 r., a sam Zakon istniał formalnie w Prusach do 1525 r. Mniej istotne jest tu już słowo "fortalicja", użyte bardzo malowniczo, acz bez sensu na określenie krzyżackiego zamku w Gdańsku. Fortalicja to mała nadgraniczna strażnica - a różne rzeczy można powiedzieć o gdańskim zamku, ale na pewno nie to, że był mały i że stał "nad granicą".
Autorka twierdzi też, że przekupki z rybnymi straganami i "rybacy z okolic Gdyni, Pucka i Helu" zjawili się u stóp baszty po ustaniu jej funkcji militarnych "zapewne w ciągu XVII w." Ciekawe zatem dlaczego baszta ta znana była grubo wcześniej pod nazwą "Fischerturm", czyli "Baszta Rybacka" niż pod nazwą "Łabędź".
Płaszcz statui polskiego króla Zygmunta na szczycie Ratusza, na którym uwiecznił się w 1950 r. lud pracujący, stał się nagle "szarfą", a zawieszony pod królem karylion, przeniesiony z Paul-Beneke-Jugendherberge, nazwany został "nowym". Na tej zasadzie możnaby nazwać nowymi np. organy i chrzcielnicę w Kościele Mariackim, bo przeniesiono je tam z Kościoła św. Jana.
Targ Węglowy znajduje się w topografii zaproponowanej w książce pomiędzy "wschodnim murem obronnym Głównego Miasta a kanałem Radunii" - ten ewidentny lapsus geograficzny niech pozostanie bez komentarza.
W opisie kamienicy Ferberów przy Długiej 28 pojawia się informacja o umieszczonym na jej fasadzie herbie tej rodziny. Polecam wizję lokalną i próbę odnalezienia herbu na tej elewacji. Będzie to trudne, bo go tam po prostu nie ma. Podobnie nie ma w Ratuszu słynnych drzwi z Adamem i Ewą, o których pani Domańska twierdzi, że się tam do dziś znajdują.
Polskie Ginmnazjum, zgodnie przez jego uczniów, piszących o przedwojennym Gdańsku, umieszczane w Petershagen - Peterszawie (dzisiejszym Zaroślaku) zostaje przesunięte w Śladami gdańskich zabytków na "Stare Przedmieście", co jest dość częstym błędem (vide: twórczość J.Sampa).
Figury z kościoła św. Katarzyny umieszcza autorka na "łuku tęczowym", nie zaś na tęczowej belce - ciekawe jak sobie to technicznie wyobrażała...
Ciężko zgadnąć skąd czerpała informacje o wykonaniu przejść dla pieszych w Bramie Długoulicznej (Złotej) dopiero w 1878 r. Przejścia te istniały od dawna, co sprawdzić można chociażby na rycinie M.Deischa z 1765 r.
To rzucające się w oczy błędy merytoryczne.
Nie brak w książeczce niezręczności stylistycznych i sformułowań dość nielogicznych.
Ot, chociażby supozycje wywodzące potoczną nazwę Jarmarku dominikańskiego - "Dominik" od stojącego w pobliżu baszty Jacek klasztoru dominikanów, a nie od odpustu i dnia patrona zakonników, w którym się zaczynał.
Klasy niemalże porównywalnej z "humorem zeszytów szkolnych" są sformułowania typu: "...fortyfikacji bastionowych, które niegdyś otaczały Gdańsk od strony zachodniej, południowej, wschodniej i północnej." Skoro otaczały go od wszystkich stron, to po cóż je wymieniać? Albo: "...stągwie, używane niegdyś przez wieśniaków do mleka.", czy "...którego wysoka sień dostępna była także z zewnątrz..." - ciekawe gdzie pani Domańska widziała sień niedostępną z zewnątrz?
Rok wydania książki - 1987 - a więc schyłek panowania nieboszczki komuny wraz z jej platoniczną miłością do Związku Radzieckiego, usprawiedliwia w zasadzie używane przy każdym stwierdzeniu o zniszczeniach w 1945 r. sformułowania "w wyniku działań wojennych". Ale nieprawdziwość oskarżenia "działań wojennych" o zniszczenie Gdańska powinni również mieć na uwadze obecni czytelnicy książki.
Generalnie, czytając Śladami gdańskich zabytków, ma się wrażenie podobne jak przy lekturze niektórych fragmentów sienkiewiczowskiej Trylogii – wrażenie że autor pisząc kolejny rozdział dla kolejnego wydania gazety gdzie swoje dzieło publikował, nie pamiętał już zbyt dokładnie co też napisał w poprzednim odcinku. Podobnie w książce p. Domańskiej ma się wrażenie, że całość jest kompilacją tekstów powstających niezależnie od siebie i to w odstępach czasowych powodujących niespójność tej całości.
Reasumując: książka jest bardzo ciekawa, ale trudno ją polecić jako rzetelne źródło informacji. To niestety dość charakterystyczny grzech dzieł popularyzatorskich. Czy wynika to z pewnej niefrasobliwości twórców tego typu literatury, czy z braków w wiedzy nie weryfikowanych przed publikacją – trudno zgadnąć. Pamiętając, że i Akademia ma po części funkcję popularyzatorską, zdaję sobie sprawę, że i nam zdarza się zapewne nie raz popełniać podobne błędy, a więc powyższą listę traktować należy nie jako złośliwe czepianie się cudzych błędów, a raczej jako przestrogę zarówno dla bezkrytycznych i łatwowiernych czytelników, jak i dla piszących o Gdańsku autorów.
© by Akademia Rzygaczy Members