Biblioteka

Strona główna
ZOO Akademii

Giacomo Fantuzzi - Opis wizyty w Gdańsku

Giacomo Fantuzzi

Opis wizyty w Gdańsku w 1652 r.

Giacomo Fantuzzi urodził się w 1616 r. w Rawennie. Z wykształcenia był prawnikiem. Święcenia księdza katolickiego przyjął w Rzymie. Sprawował liczne urzędy w dyplomacji kościoła katolickiego. W 1677 r. został mianowany biskupem Ceseny. Zmarł w Rawennie w 1679 r. W 1645 r. przybył do Polski, gdzie został audytorem nuncjusza papieskiego Givanniego de Torresa w Warszawie. Po zakończeniu służby wyruszył w długą drogę do Rzymu, przez Prusy, Gdańsk, Pomorze, północne Niemcy, miasta hanzeatyckie, Niderlandy, środkowe Niemcy, Bawarię, Tyrol, Rep. Wenecką i północne Włochy. Swą podróż udokumentował niezwykle barwnie i szczegółowo w swoim Diariuszu.
Opis pobytu w Gdańsku od 29 maja do 4 czerwca 1652 r. pozwala obejrzeć Miasto oczami podróżnika, rzec by można turysty, który zwraca uwagę na to co tę uwagę przyciągnie. Daje przeto opis najważniejszych i najbardziej reprezentatywnych obiektów Miasta, ale jako osoba wykształcona i obyta w świecie, notuje też szczegółowe spostrzeżenia na temat ustroju Miasta, a nawet religii i obyczajów jego mieszkańców.
Sądzić można, że Miasto wywarło na nim wielkie i bardzo pozytywne wrażenie. Z wielkim uznaniem wypowiada się o mądrości, obyczajności Gdańszczan i doskonałym urządzeniu spraw miejskich. Wypowiada się o Mieście i mieszczanach w samych superlatywach. Jakby dla przyzwoitości jeden akapit poświęca negatywnej ocenie "najperfidniejszej herezji", w jakiej tkwią Gdańszczanie, i wyraża nadzieję, że w głębi duszy, Gdańszczanie, jako ludzie bardzo mądrzy, wiedzą, że "Święta wiara jest prawdziwą".
Uczyniwszy w ten sposób zadość swemu obowiązkowi księdza i urzędnika papieskiego, powraca do zachwytów nad gdańskim bursztynem.
Spacerując razem z Giacomem po gdańskich ulicach, rozpoznajemy w jego opisie znane miejsca, budynki, których nazwy często nie podaje, lub wdzięcznie przeinacza. W ten sposób odbywamy podróż do nieistniejącego, hanzeatyckiego Gdańska, i zazdrościmy mu tego, że go widział, bo o tym wszyscy gdzieś w głębi duszy beznadziejnie marzymy.
Gdańsk, po łacinie Dantiscum lub Gedanum, cały leży na równinie, nad sławną rzeką Wisłą, która w tym miejscu jest szeroka na dobre pół mili włoskiej i do Morza Bałtyckiego wpada w odległości około dwóch mil włoskich od miasta. Z jednej strony jednak jest wzniesienie wielkie, nad miastem górujące, które próbowano zrównać z ziemią za pomocą sprytnego urządzenia, składającego się z wielkiej liczby wiader na grubym sznurze ciągnionym przez konia za pomocą koła, do koła młyńskiego podobnego, na murach miasta ustawionego. Wiadra te od strony wzniesienia napełniają się ziemią, a następnie opróżniane są na murach miasta w taki sposób, że wiadra puste mijają się z pełnymi i ani nie zawadzają wcale o siebie, ani przez chwilę bezczynnie nie stoją. Z tego materiału wały miasta tanim kosztem i jeszcze mniejszym wysiłkiem się buduje.
Miasto bardzo jest piękne i wdzięczne, zarówno dzięki pięknym ulicom, prostym i czystym, jak i malowniczości domów, bardzo wysokich, całkowicie z zewnątrz pomalowanych i ozdobionych sztukaterią, o wielkich, wysokich oknach z pięknymi szybami, wszędzie jednakowymi; wiodą do nich wspaniałe marmurowe schody, często mające niewielkie przedproża: tam mieszkańcy zwykli siadać, by świeżego powietrza przed domem zaczerpnąć.
Wewnątrz jest bardzo czysto, w wielu domach widziałem, jak w pokojach rozrzucano zawsze trociny lub wióry, by podłogi nie zachlapał ktoś brudnymi lub zabłoconymi butami.
Miasto jest bardzo ludne, liczy sobie ponad 150 tysięcy dusz, zamieszkujących nie tyle samo miasto, co jego przedmieścia, dwukrotnie odeń większe; zaś samo miasto nie jest zbyt rozległe, dobrze ze wszystkich stron obwarowane i otoczone pięknymi murami, umocnionymi wałami ziemnymi i fosami wielkiej głębokości. Ma piękne, podwójne, warowne bramy z białego marmuru, podobnie jak mury miejskie dobrze strzeżone przez najlepszych żołnierzy, jakich spotkać można.
Do najciekawszych rzeczy, jakie można zobaczyć w Gdańsku, należy kościół Panny Maryi, dawniej świątynia katolików, teraz będąca w rękach heretyków, którzy odprawiają tam swoje nabożeństwa, słuchają kazań, mszy i spowiadają się, a robią to ogólnie, grzechów pojedynczo nie wymieniając.
Kościół jest niezwykle piękny i wielki, ma trzy bardzo wysokie nawy o sklepieniu z polerowanego kamienia, z którego są również wykonane wszystkie filary, posiada organy równie wielkie, jak piękne, zdobne w rozmaite malowidła i wspaniałe posągi w całości pozłacane, dźwięk mają cudownej harmonii, a znajdują się w końcu kościoła, na wprost, zajmując całą szerokość jego środkowej nawy; poniżej, na środku posadzki, stoi wspaniała mosiężna chrzcielnica, zdobna w drogocenne figurki i statuetki.
Fantuzzi1.jpg
Gdańsk w czasach Fantuzziego

W jednym z ołtarzy o filar nawy środkowej wspartym, po lewej stronie idąc ku ołtarzowi głównemu, znajduje się bardzo cenny obraz, stale zamknięty na klucz, który trzyma zakrystian. Jest to Sąd Ostateczny, gdzie dostrzec można wielką ilość przedstawień i postaci; na górze dusze zbawionych do nieba idą, na dole dusze potępione zdążają do piekła, widać tam osoby duchowne i świeckie wszystkich stanów i kondycji wszelakiej, świetną dłonią malowane, zaś w środku owego obrazu Archanioł Michał, w pełnej zbroi przedstawiony, na wadze trzymanej w ręku dusze waży. Na piersiach jego widać misternie namalowane odbicie spowodowane odblaskiem ogni piekielnych, które ma pod sobą, w odbiciu owym ujrzeć można jak żywe wszystkie te same postacie, co na dole w piekle tkwią, a robota to tym kunsztowniejsza, że bardzo mała jest powierzchnia, na której widać odbicie tak wielu postaci; tłoczą się one na powierzchni koła równego dużemu dukatowi, a tak są małe i szczegółowo namalowane owe postacie w odbiciu, że stanąć na ołtarzu trzeba, by żadnego szczegółu dzieła roboty tak kunsztownej nie uronić. Obraz jest starodawny, w roku 1450 wykonany, bez imienia autora, na desce namalowany, kiedyś na Morzu Bałtyckim odnalezionej i mówią, że ceny dla swej wielkiej wartości nie ma.
W Gdańsku jest też przepiękny plac, bardzo długi i szeroki, w jego rogu stoi wspaniały zegar z licznymi dzwonkami, które na jakie pół kwadransa przed wybiciem godziny dają wdzięczny dla ucha koncert.
Po lewej stronie placu znajduje się piękna sala na parterze, ozdobiona wdzięcznymi obrazami i posągami. Tutaj ma swa siedzibę kongregacja pijaków zwanych też opojami, którzy wstępując do niej płacą tam z góry za cały rok po dziesięć groszy dziennie, to jest dziesięć rzymskich baiocchi, za co mogą tam pić, ile zechcą, przez rok cały, trzy razy dziennie, bez dodatkowej opłaty. Stąd dla miejsca tego dobry zysk na końcu roku się bierze, jako że nie jest możliwe, by codziennie albo regularnie w ciągu dnia każdy opój mógł przyjść się napić, a poza tym kto umiera lub z Gdańska w danym roku wyjeżdża, traci wszystko, co był zapłacił za rok cały, a idzie to na potrzeby towarzystwa czy kongregacji, którą szanują jak miejsce święte.
Mają gdańszczanie w mieście od strony kanału więzienie, gdzie zuchwalców i synów krnąbrnych trzymają i każą im tam w zamknięciu pracować, by zarobili na chleb, który im dają do jedzenia, a gdy zdarzy się czasem próżniak, który nie chce pracować, za karę umieszczają w pomieszczeniu, gdzie od podłogi z dołu powoli podnosi się woda, która w niedługim czasie zalałaby całą izbę, grożąc niechybnie zatopieniem zuchwałemu próżniakowi, gdyby ów sam się do wysiłku nie przymusił i nie wylewał jej ochoczo za pomocą urządzenia, które przy użyciu znacznej siły w ruch wprowadzone, usuwa wodę na zewnątrz. Urządzeniem tym, jest kawał drewna, a raczej polana mającego pośrodku otwór na całą długość, które wkłada się do wody, a od góry wtyka się weń drąg zakończony wielkim wiechciem z pakuł lub konopi; by je solidnie zatkać; do tego to drąga mocuje się z boku kij, który poruszany w dół i w górę wyciąga do góry wodę na wzór sikawki, powszechnie zwanej trąbą.
Jest tam. arsenał, czyli zbrojownia, bardzo zasobna we wszelki artyleryjski sprzęt i działa, z wszelkimi rodzajami broni, którą uzbroić można w mgnieniu oka ponad 30 tysięcy ludzi, utrzymana jest bardzo dobrze, przy wejściu do pomieszczeń widać tam kilka posągów zbrojnych konnych i pieszych, a jeden z nich z muszkietu w górę strzela.
Jest tam również wspaniałe urządzenie z brązu, na czterech kołach ustawione i przypominające wielką kadź. Napełnia się je wodą, w środku ma olbrzymią sikawkę albo rurę z brązu, która obraca się na wszystkie strony, wodę z siebie wyrzucając z siłą tak wielką i tak wysoko, iż przewyższa najwyższy pałac, pchana powietrzem, które wtłaczają do środka, poruszając w dół i w górę żerdzią. Machina takowa służy im, by wszelkie pożary gasić, jak to potem także we Flandrii i w Holandii widziałem.
Pół mili od Gdańska, to jest o dwie mile włoskie, znajduje się Aminda, zwana u nas latarnią, do której droga prowadzi zakrytym kanałem. Wspaniała to twierdza, opasana ze wszystkich stron pięcioma wielkimi, wykopanymi jedna za drugą fosami, licznymi wałami ziemnymi i fortyfikacjami nie do zdobycia, doskonale przez 1500 żołnierzy stałej załogi strzeżona.
Pośrodku owej twierdzy wejść można na wysoką wieżę, na której znajduje się latarnia dokładnie otoczona i zamknięta szybami przedniej jakości, w której co wieczór zapala się cztery wielkie światła albo lampy, by w nocy dawać znak żeglarzom, jako że latarnia owa stoi nad Morzem Bałtyckim, nad samym portem gdańskim, który ma kształt kwadratu, a ponieważ cały jest odkryty, jak mi mówiono, podczas silnych wiatrów i burz, rozbił się tam niejeden statek. Port jednak jest wielki, w kształcie kwadratu i zawijają doń olbrzymie statki.
Gdańsk jest miastem podległym władzy świeckiej króla polskiego, a władzy duchownej biskupa Włocławka i Kujaw, leżącym - jako rzekłem - nad rzeką Wisłą w Prusach Królewskich, w województwie pomorskim, do króla polskiego należącym.
Rządzi się wszelako na wzór republiki dzięki licznym przywilejom przyznanym mu przez królów polskich, a szczególnie Stefana; między innymi ma prawo nakładania podatków i ceł na wszystkie towary, które się sprzedaje w Gdańsku, bez udziału żadnego czy zgody ani ze strony Rzeczypospolitej, ani króla polskiego.
Ponadto gdańszczanie, jako członkowie rady pruskiej, mają prawo głosu na elekcji króla polskiego, podobnie jak szlachta polska i inni senatorzy pruscy, i podobnie mają też prawo udziału we wszystkich sejmach, na które również, jak inni szlachcice, są wzywani listami królewskimi; tym samym przywilejem cieszą się jeszcze miasta Toruń i Elbląg, również w Prusach położone.
Uznają gdańszczanie zwierzchnictwo raczej króla polskiego niż Rzeczypospolitej i dlatego po elekcji króla jemu tylko, a nie Rzeczypospolitej wierność przysięgają, pod tym to warunkiem wybierają go i władzę jego uznają.
Władze miasta Gdańska składają się z trzech ordynków, to jest Senatu, czyli Rady, Ławy i Rady Stu.
Senat, czyli Rada składa się z dziesięciu osób, w tym czterech burmistrzów, podskarbiego, czyli skarbnika, sędziego i czterech zwykłych rajców, z których każdy na swym urzędzie władzę sądowniczą sprawuje. Owych dziesięciu senatorów, czyli rajców przewodniczy wszystkim posiedzeniom lub zebraniom obywateli w każdej dziedzinie czy też materii i nad nimi piecze sprawuje.
Spośród tych czterech burmistrzów jeden jest przewodniczącym, drugi wiceprzewodniczącym, a pozostali dwaj zwykłymi burmistrzami, każdy z nich jednak w danym roku władzę sądowniczą osobno sprawuje, by tym sposobem nieporozumień uniknąć.
W roku następnym, w Niedzielę Laetare, która u nas jest czwartą niedzielą Wielkiego Postu, kiedy następuje zmiana urzędników, ci dwaj, co w roku minionym byli zwykłymi burmistrzami, przejmują całą władzę ogólną, w rękach pozostałych poprzednio będącą, ci zaś odpoczywają: i tak przewodniczącym i wiceprzewodniczącym zostaje kolejno któryś z czterech burmistrzów, tak by zawsze przewodnictwo, władza i zarząd, miastem do końca życia w ich ręce kolejno przechodziły.
Przewodniczący jest jakby władcą miasta na przeciąg roku, wiceprzewodniczący jakby kanclerzem, w jego rękach znajduje się pieczęć miasta, on swą władzą wprowadza w życie dekrety przewodniczącego.
Kiedy jeden z czterech burmistrzów zachoruje albo w jakiejś swojej sprawie Gdańsk opuszcza, zastępuje go z woli jego, ustnie tylko wyrażonej, zbywszy wszelakiej formalności, jeden z dwóch przewodniczących. Ci bowiem, raz wybrani, na zawsze są zobowiązani dobra publicznego miasta strzec pod przysięgą.
Owych czterech burmistrzów, wraz z kilkoma innymi rajcami dodanymi im przez Radę, zawiaduje wszystkimi dobrami i dochodami miasta, z czego potem co rok zdają sprawę przed całą Radą zebraną w specjalnej sali, po owej Niedzieli Laetare, przekazując podskarbiemu, czyli skarbnikowi Rady to, co z owych dochodów pozostało im w ręku i biorąc pokwitowanie.
Podskarbi, czyli skarbnik należy do tegoż ordynku senatorskiego, ma w swojej pieczy wszystkie dochody miasta, w tym i te, które z ceł pochodzą: zmienia się on co roku, wybierany spośród tych rajców, którzy w poprzednim roku odpoczywali.
Ostatnim urzędnikiem, którego się wybiera, jest sędzia; urząd obejmując staje on na czele ławników, którzy sądzą sprawy karne, jak o tym będzie jeszcze mowa.
Burmistrze i rajcy zbierają się co dzień rano w pretorium, to jest w ratuszu, omawiają tam i rozstrzygają sprawy z rządami w mieście związane. Po obiedzie każdy z nich zgodnie ze swoim urzędem audiencji prywatnych udziela.
Drugim ordynkiem są ławnicy. Jest ich ośmiu, na ich czele stoi najstarszy, zwany seniorem. Może on zwoływać pozostałych, kiedy zechce, lecz musi to uczynić na piśmie z zastosowaniem pewnej reguły, bez której posiedzenie nie byłoby ważne.
Ławnicy ci sądzą w sprawach karnych i cywilnych, przy udziale jednak sędziego, który przewodniczy im, z upoważnienia Rady ogłasza ich wyroki i czuwa nad tychże wykonaniem. W sprawach karnych nie ma żadnej apelacji, zaś w sprawach cywilnych można się do magistratu, to jest do Rady odwołać.
Jak spośród rajców wybiera się burmistrzów, a tak spośród ławników wybiera się rajców, a pierwszy, który zostanie wybrany, zostaje w owym roku sędzią karnym miasta. Ławnicy ci mają wyznaczone dni tygodnia, w których się zbierają i rozstrzygają sprawy.
Trzecim ordynkiem jest Rada Stu. Owych stu wybiera się spośród wszystkich mieszkańców i oni reprezentują całe miasto, bez ich zgody nie można ogłosić żadnego rozporządzenia, to jest dekretu dotyczącego powszechnie całej ludności. Ci są wybierani przez Radę, jako przez pierwszy ordynek, skąd wnosić można, jak wielką i silną jest władza burmistrza, jeśli ten ma głowę do polityki, jako że dzięki najwyższej władzy, jaką posiada, może przy pomocy sobie podległych rządzić całym miastem wedle własnej woli.
I tak w rezultacie do Rady Stu koniecznie wchodzić muszą starsi wszystkich cechów, które mają zawsze rajcę za przewodniczącego, jak to już zostało powiedziane. Do Rady Stu wchodzą również dziesiętnicy, pochodzący z różnych części miasta, przez co są przedstawicielami całej ludności.
Kiedy miasto potrzebuje pieniędzy albo trzeba podjąć jakąś ważną decyzję dobra publicznego dotyczącą, wówczas zwołuje się Radę Stu, która nic postanowić nie może, jeśli decyzji co najmniej dwie trzecie głosów nie poprze.
Corocznie przed Niedzielą Laetare, kiedy zmieniają się wszyscy urzędnicy miejscy, przedstawia się królowi polskiemu cztery osoby z władz miasta, czyli Rady Gdańska, wśród których może być jeden z burmistrzów, by Jego Królewska Mość wybrał spośród nich burgrabiego, który jako przedstawiciel samego króla wielką władzę sądowniczą w sprawach karnych posiada, on też wykonuje dekrety i rozporządzenia oficjała lub wikariusza biskupa w kwestiach duchownych.
Władze miasta w całości są luterańskie i nie chcą już więcej do siebie kalwinów dopuszczać, którzy nie mając pozwoleństwa, by w Gdańsku przebywać, na początku udawali luteran, aż do chwili, gdy wzrósłszy w liczbę tak, że stawić czoła luteranom mogli, odkryli, że są kalwinami i dalej chcą mieć prawo zasiadania we władzach miasta, jak dotąd.
Stąd też dochodzi między nimi do wielkich sporów i niezgody, a w czasie, kiedy z Polski wyjeżdżałem, toczył się między nimi przed trybunałem królewskim wielki proces, przy którym ja, jako przedstawiciel Stolicy Apostolskiej, stale byłem obecny i natrudziłem się niemało, by ojców franciszkanów ad causam dopuszczono, co mi się udało. Spór się tyczył kościoła Św. Franciszka w Gdańsku, dawniej należącego do franciszkanów, później zaś, do chwili procesu, będącego wspólnie w rękach luteran i kalwinów; jedni i drudzy w nim msze odprawiali, teraz zaś luteranie, którzy zwą się ewangelikami, pragnęli wygnać z niego kalwinów, którzy się zowią ewangelikami reformowanymi. Sprawa ta spowodowała wrogość powszechną między dwoma stronnictwami, luterańskim i kalwińskim, z których pierwsze nad drugim góruje.
Mimo iż miasto powinno być w ogólności katolickie, to jednak, skoro już królowie polscy swym luteranom pozwolili tam zamieszkiwać, ci teraz wraz z kalwinami prawie dwie trzecie miasta stanowią, resztę zaś katolicy, nie mający prawa ani zasiadać we władzach miasta, ani żadnej funkcji czy urzędu miejskiego pełnić. Dlatego też żyją owi katolicy jak zwykli ludzie, w większości handlem i rzemiosłem się trudniąc, i nie mają w mieście żadnego kościoła parafialnego, chociaż proboszczem ich jest oficjał, czyli wikariusz, który zwykle rezyduje w Gdańsku w domostwie dawniej domem proboszcza będącym, przyległym do kościoła Panny Maryi, dawnej świątyni katolików, jak to już powiedziałem.
A ponieważ prawie całe miasto jest heretyckie, w większości swej luterańskie, katolikom nie wolno już publicznie z procesją po mieście chodzie, nosić otwarcie Przenajświętszego Sakramentu chorym, publicznie swych zmarłych chować, a wszystko to przez zaniedbanie królów polskich, a w większej jeszcze mierze biskupów Gdańska, gdzie pięćdziesiąt lat temu katolicy uroczystości owe publicznie organizowali, a teraz prywatnie je urządzają, procesje odbywają się wewnątrz kościołów i na dziedzińcach klasztornych, gdzie zmarłych przenosi się w nocy, by ich następnie za dnia pogrzebać z mszą i zwykłym ceremoniałem.
Jest jednak w Gdańsku wiele kościołów katolickich, gdzie katolicy chodzą się modlić, jako to kościół i klasztor Św. Dominika, zamieszkały przez piętnastu, dwudziestu zakonników; ojców karmelitów trzewiczkowych wraz z dziesięcioma, dwunastoma braćmi; klasztor Św. Brygidy z osiemnastoma, dwudziestoma mniszkami i kilkoma księżmi tegoż zakonu, którzy mieszkają w pobliżu owego klasztoru mniszek i odprawiają nabożeństwa w ich kościele.
Za miastem, na przedmieściach, znajduje się piękne kolegium zamieszkałe przez dwunastu ojców jezuitów w, którzy niestrudzenie zdobywają dusze dla Boga, szerząc naszą katolicką wiarę i tyleż katolików krzepiąc, co nienawiść heretyków budząc.
Także ojcowie bonifratrzy mają szpital sławny, nowo ufundowany przez Polaka, pana Jana Tesmera, na 25 łóżek, a wiele innych zostało dodatkowo ufundowanych tam przez pana wojewodę pomorskiego i innych panów polskich z darowizną na każde łóżko, żeby wyżywić chorego. Widziałem tam m.in. także łóżko z czerwonego adamaszku, koronkami i złotymi frędzlami niedorzecznie zdobione, a darowane przez pewnego Francuza, który tam umarł; na zasłonach jest ono ozdobione herbem fundatora, a służyć ma jedynie chorym z jego narodu pochodzącym.
Szpital ów wielką ulgę niesie ubogim chorym katolikom i wielka z niego korzyść i zysk dla naszej religii katolickiej płynie, ponieważ ojcowie owi również chorych heretyków przyjmują, ci zaś, widząc tyle miłosierdzia, serca i nieustającej opieki, często przechodzą na katolicyzm. O ojcach tak dobre mniemanie heretycy ci mają, że obdarowują ich szczodrze jałmużnami, jak to też czynią wszystkie statki i marynarze zawijający do Gdańska, by zapełnić sobie miłosierne przyjęcie, które w przypadku choroby zawsze otrzymują.
Biskupem Gdańska, jak już powiedziałem, jest biskup Kujaw i Włocławka, obecnie Mikołaj Gniewosz, osoba z pozoru bardzo przykładna, naprawdę zaś interesowna i równie wyrachowana, jak do kłótni skora. Taki był zawsze wobec wszystkich, zrywając z Ich Królewskimi Mościami, wszystkimi senatorami, własnymi krewnymi i z Jego Przewielebnością prześwietnym Torresem, nuncjuszem apostolskim, człowiekiem wielkiej dobroci. Ja zaś miałem szczęście być z nim zawsze w dobrych, stosunkach, stale czy to w rozmowach bezpośrednich, czy to w listach sprawy dotyczące nuncjatury omawialiśmy, a kiedy wyjeżdżałem, zaprosił mnie do swego domu w Gdańsku, lecz zaproszenia przyjąć mi nie wypadało.
Wszyscy gdańszczanie ubierają się na sposób niemiecki, jako że Prusy są częścią Niemiec, ich ojczystym językiem jest niemiecki, chociaż tylko nieliczni nie znają polskiego; wielu z nich mówi po francusku, a to dlatego, że stale z Francją handlują, dokąd też i synów swoich dla nabycia ogłady wysyłają.
Postawy są pięknej, jak też piękne są ich niewiasty, które jak i mężowie ubierają się bardzo czysto i schludnie, wielkie upodobanie znajdując w pięknych ogrodach, które poza Gdańskiem posiadają, tam też we wszystkie dni świąteczne się udają dla wypoczynku, weselą się i bawią.
Są oni osobami wielkiej mądrości i roztropności, jak również niezwykle układni, do czego szczególną wagę przywiązują. I tak, kiedy do Gdańska przybywa nuncjusz apostolski, traktują go jak ambasadora i ministra jakiego wielkiego księcia, wyjeżdżają, mu na spotkanie w karetach na milę przed miasto, jak to uczynili wobec Jego Przewielebności Torresa, dla którego przygotowali piękny dom przy rynku, chcąc, by w nim zamieszkał podczas swojego pobytu w Gdańsku. Jego Przewielebność spędził tam jednak tylko jedną noc, a potem przeniósł się do klasztoru ojców dominikanów, dokąd miasto przez trzy dni słało mu wina, mięsiwo i dziczyznę, a codziennie też przybywały dwie karety, żeby go zabrać z domu i pierwsi urzędnicy miejscy obwozili go po całym mieście, pokazując rzeczy najbardziej godne uwagi, wśród nich fortyfikacje Gdańska, które obeszli po wałach ziemnych, na co się nikomu nie zezwala; zaprowadzili go również do owej latarni, gdzie przed południem wydali świetne przyjęcie na cześć jego i jego dworu, a wszystkie działa forteczne strzelały na powitanie.
Co się tyczy religii, to cała ona na pozorach jest oparta, które dobre wrażenie robią, bo obyczaje są tu dobre i przykładne.
Wszyscy są tu równi wobec prawa. W kościołach zachowują się bardzo pobożnie, są miłosierni wobec biednych i chorych, mają dla nich wiele szpitali i przytułków dla osób różnego wieku i stanu, bardzo dobrze utrzymanych, nie pozwalają też, żeby biedak jaki żebrał na ulicach miasta.
Wszystkie występki, zwłaszcza cielesne, są karane jak najsurowiej. Pozbawienie dziewictwa winowajca musi wynagrodzić pojmując za żonę poszkodowaną lub też sowicie ją wyposażyć, jeśli na to przystanie, albo ucina się sprawcy głowę, jak to się czyni nieodwołalnie wobec tych, którzy cudzołóstwo popełniają.
Tyle o sprawach zewnętrznych. Diabeł w tym musi być, że tak dobrze im to wychodzi, utwierdzając ich tym silniej w uporze, by nie uznawać, czy też nie chcieć uznać Prawdziwej Wiary. We wnętrzu bowiem swoim, co się tyczy wiary, pozostają najperfidniejszymi heretykami, z wielkim uporem obstając przy swojej fałszywej religii, a osoby co ważniejsze i bardziej uczone, ponieważ mądrości są wielkiej, wiedzą, że błądzą i że nasza Święta Wiara jest prawdziwą, wyrachowanie jednak tkwią w błędzie, żeby zachować szacunek i zaszczyty, którymi się cieszą wśród współwyznawców, ich bowiem szeregi opuściwszy, staliby się osobami bez znaczenia pośród innych; ale jednak wielu z nich in articulo mortis głosi się katolikami.
Na czym polega ich religia, tak luterańska jak kalwińska, oraz w jaki sposób odprawiają nabożeństwa, opowiem (jeśli Bóg pozwoli) w innym miejscu, gdzie mówić będę o heretykach i sposobie ich nawracania.
Gdańszczanie okazują więcej grzeczności cudzoziemcom niż Polakom, których śmiertelnie nienawidzą, są jednak bardzo interesowni, chciwi wszelkiego dobra i zysków. Za pomocą takiej polityki uzależnili od siebie wszystkich Polaków, którzy swe dobra muszą z konieczności przez ręce gdańszczan kierować, jako ze nie mają oni innego miejsca, w którym by sprzedawać i zbywać mogli [swoje towary], jak tylko spławiając je corocznie Wisłą do Gdańska i ci to gdańszczanie ustalają wedle własnego uznania ceny na wszystkie zboża i pasze, którymi bez trudu jakiegokolwiek i ryzyka handlują. A to dlatego, że Polacy przywożąc zboża do Gdańska mogą je sprzedawać jedynie gdańszczanom, ci zaś, zanim wypłacą im należność w gotówce, odsprzedają je obecnym tam kupcom holenderskim lub flamandzkim. W ten sposób płacą Polakom tymi: samymi pieniędzmi, które otrzymali byli od owych Holendrów, dla siebie zachowując nadwyżkę i nic przy tym nie ryzykując. A ponieważ całe polskie zboże tam dociera, można sądzić, że zyski ich są ogromne, a przez to oni sami bardzo bogaci, dzięki zaś zręcznej polityce nie dopuszczają do tego handlu nikogo obcego i rozdzielają między siebie wszystkie stanowiska i urzędy tak honorowe, jak i dochody przynoszące.
Zatem główne bogactwo gdańszczan pochodzi przede wszystkim z handlu zbożem i paszami, które kupują od Polaków i wysyłają do Holandii, a także winami, które z Hiszpanii, z Francji i znad Renu sprowadzają, oraz korzeniami i przyprawami, które potem po Polsce rozprowadzają.
W Gdańsku kunsztownie obrabia się bursztyn, zarówno żółty jak i biały, a ten znacznie jest cenniejszy, gdyż z niego rzeźbi się malutkie figurki, które potem osadzają w bursztynie żółtym, a tak są zgrabnie zrobione, że zdają się żywe i z podziwem wielkim patrzysz, jak je rzeźbią za pomocą czubka zwykłego nożyka, dla wygody rzeźbiarza kawałki bursztynu do specjalnej tabliczki klejem przytwierdzając.
Co się tyczy bursztynu, o którym różni pisarze różne zdania, nieraz i sprzeczne mają, jest on wedle dokładnych wiadomości, jakie uzyskałem od wielu podróżników, którzy wszystkie owe krainy północne z tej i z tamtej strony Bałtyku przemierzyli, rodzajem gumy, jaka powstaje z pewnej odmiany sosen dziko rosnących na plażach na tamtym brzegu Bałtyku, od strony Szwecji, naprzeciw Gdańska. Guma ta stopiona gorącym letnim słońcem spływa do Morza Bałtyckiego, gdzie oczyszczona ruchem fal, przez nie jest utwardzana i wyrzucana tutaj z drugiej strony, na plaże od strony Gdańska, na całym trakcie aż do [...]. Wolno ją tam zbierać tylko tym, co podatek od bursztynu opłacili, w piasku nadmorskim można Jednak znaleźć drobne okruchy, na które nie zwraca się uwagi.
Tym bardziej to prawdopodobne, że nie tylko kolorem, konsystencją i powierzchnią gumę przypomina, lecz także często znaleźć w nim można różne drobne żyjątka lądowe, zatopione w środku, zanim zakrzepł. Ja sam mam u siebie kilka kawałków z zatopionymi muchami, pająkami i innymi stworzonkami, które zdają się żywe, a w Casa Borghese znajduje się kielich przepiękny z żółtego bursztynu, podarowany niegdyś kardynałowi Borghese przez pewnego polskiego biskupa. W jego nóżce albo podstawie, w wielkiej kuli z bursztynu, zobaczyć można żabę jak żywą, a pod spodem słowa: Latet et lucet.
Z bursztynu wyrabia się różne przedmioty, a zwłaszcza krucyfiksy, wizerunki, podstawki, różańce oraz inne ozdobne drobiazgi misternej roboty.
W Gdańsku bursztyn jest jednak bardzo drogi, a im większe są całe kawałki, tym droższe, jako że mało się znajduje takich, co by były większe od pięści, a szczególnie wewnątrz czyste.
Spotyka się cztery gatunki bursztynu: żółty, który jest pospolity, inny - bardzo jasny, jakby był z kryształu albo ze szkła, w jasnożółty wpadający, dalej biały, z którego robi się piękne różańce i figurki, a te osadza się w wyrobach z bursztynu żółtego; wśród tego gatunku jest i taki, który ma bardzo piękny perłowy kolor, z niego wyrabia się różne naszyjniki, bransoletki, wisiorki i różańce. Czwarty, niezwykle rzadki gatunek bursztynu jest zielonkawy i z niego udało mi się zdobyć tylko parę bransoletek, a są owe bursztyny od innych droższe, chociaż nie są zbyt przezroczyste i nie można z nich robić szlifowanych różańców, które są najdroższe, jako że paternoster z bursztynu nie ma i nie może mieć najmniejszego defektu, jak to się ma z wszystkimi innymi różańcami, których ziarnka szlifowane są na okrągło.
Z bursztynu wyrabia się bardzo cenny olej, bardzo mocny, cierpki i zawiesisty, który posiada tysięczne zalety, jak to stoi w przepisie, który dostałem w Gdańsku, gdzie proces ten do doskonałości doprowadzono, a olej pochodzący z bursztynu białego jest za najlepszy i najdroższy uważany. Kawałki bursztynu spala się również dla dobrego zapachu w pokoju, który dobrze potrafi rozgrzać, a takoż i głowę, i woń całkiem przyjemną się czuje.
We środę, 29 maja, oglądałem rozmaite kościoły, szkoły i szpitale heretyków, a także inne rzeczy. W czwartek rano, w święto Bożego Ciała, byłem na Mszy św. w kościele Św. Brygidy, wokół którego w obrębie murów odprawiono bardzo uroczystą procesję z udziałem, wielu katolików i takoż luteran, których tam przyciągnęła chęć ujrzenia tej świetnej uroczystości jak również posłuchania pięknej muzyki, jaką tam grano. Po obiedzie w upał wielki udałem się ze wspomnianym wcześniej ambasadorem obejrzeć Amindę, latarnię, o której już wspominałem.
W piątek rano, l czerwca, wyszykowałem listy kredytowe wystawione na Amsterdam, gdzie mogłem potem podjąć następne, do wszystkich krain świata. Po obiedzie, pożegnawszy Jego Wielmożność, udałem się do Pelplina, zamku odległego o cztery mile od Gdańska, gdzie znajduje się klasztor i znaczne opactwo cystersów [...]
Transkrypcja: prof. Grün
© by Akademia Rzygaczy Members