Wydział Parahistorii


Strona główna
ZOO Akademii

Smoczy ząb

Żył w Gdańsku ród bogatych kupców, którzy fortuny swej dorobili się na dostawach wojennych dla armii polskiego króla Kazimierza. Ród ten miał młodego dziedzica imieniem Ernest. Młodzian ów, odkąd nauczył się czytać, zaczytywał się w rycerskich romansach, historiach o możnych książętach, dzielnych kawalerach, o ich przygodach, krucjatach i wielkich bitwach, w których brali chwalebny udział. Wierzył w honor, męstwo i... smoki, które strzegą pięknych dziewic.
Status jego rodu, całkiem niedawno wzbogaconego na handlu z Polską, nie pozwalał mu jednak marzyć o wstępie w szeregi rycerskiego stowarzyszenia św. Jerzego. Cierpiała na tym jego duma i ambicje, miał pretensje do losu, że nie dał mu urodzić się rycerzem. Nie umiał zaakceptować swego stanu, starał się więc strojem, zachowaniem i wyglądem naśladować swych ulubionych bohaterów. Żal jaki czuł do Opatrzności za rzucenie go na zbyt niski szczebel społecznej drabiny, sprawiał, że rycerskie cnoty, którym chciał hołdować, zmieniały się w nim w wady. Nie był więc hojny, a rozrzutny, honor stał się w nim próżną dumą, a miast wielkoduszności żywił dla słabszych i biedniejszych od siebie pogardę. Był przytem człowiekiem posępnym, gniewnym i okrutnym. Nienawidził i zazdrościł możniejszym od siebie, poniżał i gardził skromniejszymi. Kochał za to ćwiczenia i gry rycerskie. Każdą wolną chwilę - a tych mu nie brakowało - spędzał za murami Miasta, uganiając się konno po łące, na której kazał zbudować urządzenia niezbędne do nauki rycerskiego rzemiosła. Na jego polecenie łąka zaroiła się od płotów, saracenów, tarcz do rzucania oszczepem i szubienic z zawieszonymi kolorowymi pierścieniami. Godzinami zamęczał gonitwami i współzawodnictwem służbę i przyjaciół. Liczba tych ostatnich szybko zaczęła topnieć, młody "rycerz" bowiem był bardzo sprawnym wojownikiem ale nie umiał jednego: przegrywać.
Razu pewnego bawił w Gdańsku słynny astrolog. Gdańszczanie chętnie zapraszali go do swych domów, bo cieszył się wielką sławą jasnowidza. Gościł więc też w domu rodziców naszego błędnego rycerza. Jak łatwo się domyślić nie obyła się ta wizyta bez horoskopów postawionych gospodarzom przez sławnego ze swych profetycznych zdolności gościa. Nie były to jednak przepowiednie krzepiące. Ojcu Ernesta mag wywróżył rozproszenie z takim trudem zdobytego majątku a matce wiele łez. Samemu Ernestowi poradził by zaniechał zajęć jego stanowi nie przynależnych i zajął się kupieckim przedsiębiorstwem ojca. Ostrzegł go też, że jeśli nie porzuci mrzonek o rycerstwie to spotka dnia pewnego swego smoka i od jego zębów zginie. Tą ostatnią przepowiednią nikt się specjalnie nie przejął. Młodzieniec wierzył, że jest w stanie pokonać każdą bestię, rodzice zaś, będąc ludźmi światłymi, wiedzieli, że smoki to stworzenia bajkowe, a jeśli nawet kiedyś istniały - to dawno wyginęły.
Szybko przeto ostrzeżenie astrologa poszło w niepamięć. Ernest zaś po staremu oddawał się rycerskim uciechom. Zaczął też podróżować po Europie niby to poszukując wiedzy, faktycznie zaś wędrował po miastach od turnieju do turnieju, gdzie wreszcie mógł uczynić zadość swej żądzy rycerskiej sławy. Nie zmienił się jednak jego charakter. Mimo sukcesów w miejskich zawodach, prawdziwe rycerskie turnieje na książęcych zamkach były dla niego zamknięte. Swoją frustrację przelewał na wszystkich, którzy od niego w jakikolwiek sposób zależeli. Radość sprawiało mu okrutne karanie służby za najmniejsze nawet uchybienia obowiązkom. W niektórych miastach miewał też poważne problemy z powodu swoich miłosnych podbojów, kończonych nie raz przemocą względem naiwnych panien. Ciężka kiesa, pełna złotych monet, wystarczała jednak zazwyczaj jako dowód jego niewinności. Mówiono, że przez z tego właśnie powodu opuścił Miasto mistrz Marcin, po którym pozostały nieukończone wieżyczki Marienkirche.
graf.jpg
Regularnie powracał do swego rodzinnego Gdańska, a to głównie po to, by wziąć udział w dorocznym turnieju majowym.
Gdańsk wyglądał wspaniale. Gotyckie kamienice przyozdobione były wstęgami, wieńcami i kwiatami. Na Długim Targu zbudowano szranki i ustawiono liczne namioty, służące zgromadzonym na turnieju wojownikom. Przed Dworem Artusa zasiedli pysznie ubrani burmistrzowie, rajcy i ławnicy. Przedproża, okna a nawet dachy kamienic pełne były ludzi chcących oglądać barwne widowisko, jakim był gdański turniej.
Zawody rozpoczęto od prezentacji uczestników - dumni, zakuci w blachy młodzi mieszczanie, na wartych krocie rumakach, przystrojonych w bajecznie kolorowe kropierze, przejechali całą ulicę Długą i ustawili się w błyszczący stalą szpaler przed fasadą Dworu poświęconego ich legendarnemu wzorowi - królowi Celtów Arturowi. Długi Targ stał się na chwilę miejscem z bajki. Las trzymanych na sztorc kopii, łopot proporców, nerwowe parskanie rumaków - to wszystko tworzyło atmosferę czegoś wyjątkowego. Piękne mieszczki słały uśmiechy swym rycerzom. Lewe ramię każdego z nich przewiązane było szarfą podarowaną mu przed turniejem przez którąś z panien.
Rozpoczęły się gonitwy.
Z przeciwnych końców turniejowego placu pędzili ku sobie cwałem rycerze i zderzali się z głuchym trzaskiem tuż przed wypełnioną dostojnikami lożą u stóp Dworu Artusa. Kolorowe, smukłe kopie zamieniały się w drzazgi, a jeden z rycerzy, a nie rzadko obaj, walił się na ziemię z metalicznym łoskotem przy wtórze jęku tłumu. Jęk ten przechodził w szaloną owację dla tego, który po straszliwym zderzeniu pozostawał na siodle.
Kolejne pary zawodników ścierały się na oczach zachwyconych mieszczan. Przyszła w końcu kolej na Ernesta. Ten nie zadał sobie nawet trudu zainteresowania się, kim ma być jego przeciwnik. Wiedział tylko, że jest przybyszem z czeskiego Śląska - nowicjuszem na gdańskim turnieju - wynik tej pierwszej gonitwy wydawał mu się oczywisty. Nie tylko zresztą jemu, chociaż sympatia tłumów była raczej po stronie młodego Czecha - Ernest cieszył się wśród swoich ziomków jak najgorszą sławą.
Z właściwą sobie nonszalancją wyruszył przeto na swoim białym ogierze spod Bramy Kogi i ustawił się na początku rozbiegu. Swojego przeciwnika, widocznego po drugiej stronie placu, nie zaszczycił nawet spojrzeniem. Bardziej interesowały go urodziwe mieszczki w oknach. Na znak dany przez turniejowego herolda poderwał rumaka i pędem ruszył w stronę gnającego ku niemu Czecha. Wtedy zauważył smoczy łeb na hełmie przeciwnika i złote smoki wyhaftowane na kropierzu jego konia. Wszystko trwało ułamki sekund, ale zdążył sobie przypomnieć przepowiednię maga. Jak strzała zbliżał się ku niemu grot czeskiej kopii. Chwila paniki wystarczyła. Potworne zderzenie zmiotło go z siodła. Tłum zamarł. W stronę pozostałego na placu zakutego w zbroję pana pospieszyli pachołkowie. Kiedy dobiegli, już nie żył. Siła uderzenia sprawiła, że padając nieszczęśliwie skręcił kark. Pomiędzy częściami jego zbroi tkwił zaklinowany grot kopii Czecha. Lotem błyskawicy obiegła tłum historia o przepowiedni.
Ojciec Ernesta, niegdyś dumny z wyczynów syna i nie szczędzący środków na ich finansowanie popadł po jego śmierci w obłęd. Rodzinna fortuna, pozbawiona jedynego dziedzica, rozpierzchła się, podzielona pomiędzy dalszych spadkobierców.
Nie żałowano jednak młodzieńca. Zbyt wielu ludzi cierpiało z jego powodu. Wydobyty ze zbroi grot kopii czeskiego rycerza zawieszono na łańcuchu tuż przy wejściu do Dworu Artusa, jako memento niezbadanych wyroków przeznaczenia. I wisi tam do dziś.
zab.jpg
Odnalazł: prof.wirt Grün

© 2003 Aleksander Masłowski

© by Akademia Rzygaczy Members