Wydział Parahistorii


Strona główna
ZOO Akademii

Legendarny krucyfiks

krucyfix.jpg
Dawno temu w Gdańsku - mieście kupców i artystów, mieszkał pewien rzeźbiarz. Był bardzo zdolny i znany, toteż dostawał coraz to nowe zlecenia.
Kościół, ten największy i najwspanialszy w mieście rósł i piękniał niemal w oczach. Trzeba było go odpowiednio wyposażyć w piękne figury świętych. To właśnie było zadanie rzeźbiarza.
Mistrz z dumą chadzał do fary Głównego Miasta, by oglądać swoje dzieło. Piękna Madonna, bo tak ją nazywano, stała w przestronnej hali kościelnej i z łagodnym uśmiechem wysłuchiwała modłów i próśb szeptanych żarliwie.
Mistrz Pięknej Madonny, bo tak go nazywano w Mieście - powoli zapominając jak naprawdę ma na imię - stawał czasami przed swoim dziełem i w duchu prosił o nieustające natchnienie do rzeźbienia. Prosił jeszcze o coś: o szczęście swojej małej Demoet. Nie była wprawdzie już taka mała, miała już 15 lat, ale wciąż traktował ją jak maleńką dziewczynkę. Odkąd zmarła jej matka, ukochana żona Mistrza, tylko on był jej rodziną. Dziewczyna nosiła imię, jak żona jednego z panów gdańskich. On sam nie cieszył się popularnością, ale jego żona była dobrą kobietą i chętnie zgodziła się być matką chrzestną jedynaczki popularnego Mistrza.
Mistrz stał teraz w swojej pracowni, i dumał nad kamieniem, z którego miał stworzyć dzieło.... Chrystusa Ukrzyżowanego miał wyrzeźbić.
Dni mijały, a on nie mógł znaleźć w sobie dość natchnienia i dość żaru, by twarz Ukrzyżowanego krzyczała męką, by przejmowała oglądających, by ukazywała te gehennę ostatnich chwil na krzyżu.
Na nic zdały się pocieszenia Demoet, na nic starzy towarzysze z ich wsparciem duchowym. Wewnątrz czuł pustkę. Wiedział, że się wypalił. Kto wie, dumał, może jego talent dany mu przez Madonnę wtedy w celi... Może właśnie ten talent dany mu został tylko na czas wyrzeźbienia Jej pięknej figury i na czas wyrzeźbienia jej rozpaczy po zdjęciu Syna z krzyża...
Teraz miał rzeźbić cierpienie Pana.
Usiadł przed rozpoczętą rzeźbą i zamyślił się. Jakże oddać tę straszną chwile, kiedy wiesz, ze nie ma już nadziei. Kiedy nagle zamyka się Brama Ostatniej Szansy. Ból, tęsknota, pragnienie, i ta potworna niesprawiedliwość, że oto on, w imię czegoś, czego tak naprawdę ci ludzie tam w dole zupełnie nie rozumieją.
Ktoś pukał do drzwi. Kołatka wydawała metaliczny dźwięk. Otrząsnął się nasz Mistrz z zadumy i poszedł otworzyć. W progu stała córka - roześmiana i radosna. Tuz za nią stał piękny młodzieniec o wesołych oczach i długich ciemnych włosach.
Rzeźbiarz znał młodzieńca, widywał go w farze, jak stał przed Madonną czy przed Matką z Martwym Synem, i przyglądał się rzeźbom uważnie. Demoet widać też się przyglądał uważnie... No, ale ona była bardzo ładną dziewczyną, i Mistrza nie dziwiło uwielbienie, z jakim przy kolacji młodzieniec patrzył na jej śliczną ciemną główkę, pochyloną nad stołem.
Młody człowiek stał się bywalcem skromnego, acz dostatniego domu rzeźbiarza. Rzeźbiarz lubił z nim rozmawiać, poza tym wyczuwał w nim artystę. Któregoś dnia Demoet zapytała, czy jej ukochany może niespodziewanie i niezapowiedzianie przyjść, bo ma nader ważną sprawę. Ojciec uśmiechnął się i pokiwał głową; wiedział, co to za ważną sprawę może mieć do niego młodzieniec, wypatrujący oczy za jego córką.
Toteż, kiedy młodzieniec oświadczył się o nią podczas podwieczorku, stary go przyjął z radością. Widział miłość w oczach obojga i to mu wystarczyło. Majątku wielkiego nie miał, ale był dość dobrze sytuowany, by nie bać się o ich przyszłość.
Kiedy nadszedł wieczór i Demoet, jak dobrze wychowana panna, pożegnała ich i poszła spać, oni zasiedli przy dobrym jopejskim piwie i zaczęli gawędzić o różnych sprawach. Z dnia powszedniego ich rozmowa zeszła na sztukę i Mistrz przyznał się swojemu przyszłemu zięciowi, iż nie ma natchnienia.
Młodzieniec zainteresował się rzeźbą. I wpatrywał się w nią jak urzeczony. Cała była gotowa, nie miała tylko twarzy. Ciało skręcone w nienaturalny sposób, jaki może wywołać tylko cierpienie nie do opisania. Nabrzmiałe żyły na rękach i na łydkach, stopy z zaznaczonym każdym ścięgnem... Palce u stóp ściągnięte w bolesnej agonii. Młodzieniec pokręcił głową w zachwycie. Powszechną praktyką było iż uznani artyści dostępowali nieraz możliwości oglądania ciał skazańców tuż po wykonaniu wyroku, ku doskonaleniu swego warsztatu rzeźbiarskiego. Mistrz szczególnie chętnie to czynił, i potem długie godziny spędzał w farze, modląc się żarliwie. Niektórzy mówili, że w podzięce Bogu za ocalenie życia. Wtedy.
Młodzieniec stanął obok postaci Chrystusa bez twarzy, i zagadnął: - A może byście rzeźbili mnie Mistrzu? Ja wam dam twarz dla rzeźby.
Mistrz zmarszczył brwi; faktycznie ten chłopak twarz miał szlachetną, i te włosy...
Pracowali tak - model i Mistrz - parę dni i parę nocy. Demoet i tak zajęta była gromadzeniem wyprawy, w czym wydatnie pomagały jej dawne towarzyszki zabaw dziecięcych, więc nawet do nich nie zaglądała.
Mistrz jednak niezadowolony był z twarzy: - Za dużo w tobie szczęścia - mówił do młodzieńca, udającego agonię. - Wyobraź sobie, ze nie zobaczysz Demoet więcej... może wtedy ci się uda..
Chłopak roześmiał się radośnie: - Tylko śmierć Mistrzu może taki wyraz twarzy spowodować, Ja nie umiem. Ja jestem zbyt szczęśliwy. Chyba nie będziesz jednak mógł dokończyć dzieła. -
Mistrz uchwycił w oczach chłopaka nikły cień smutku, i zmarszczył brwi. Już wiedział, że ten chłopak ma idealną twarz dla rzeźby. Tylko jak go zmusić do smutku, do cierpienia, do ... śmierci...
Chodził jak nieprzytomny przez parę dni, unikając córki i jej narzeczonego. Zamykał się w swojej pracowni i ważył jakieś mikstury.
Pewnego dnia zawołał do pracowni swego psa. Po chwili w domu dał się słyszeć skowyt psiej rozpaczy, po czym wszystko ucichło. Córce wytłumaczył, że pies zjadł coś nieświeżego i zdechł w mękach. Mało to takich śmierdzących ochłapów w pobliżu portu!
Młodzieniec wrócił był z jakiejś wyprawy morskiej, gdzie zdobywał szlify zacnego gdańskiego kupca. Oczywiście swoje kroki skierował najpierw do domu rzeźbiarza i jego córki.
Tej jednak nie było, zastał samego starego. Chmurnego coś i burkliwego. Przyjął jednak poczęstunek i chętnie zasiadł ze starym przy stole, by wysłuchać dalszych losów rzeźbionego Chrystusa. Stary zaproponował przeniesienie się z pucharem wina do pracowni i tam dokończenie rozmowy.
Młody człowiek wstał ociężale, wino widać weszło mu w nogi... Rozmawiali jeszcze chwilę, i młodzieniec poczuł iż robi mu się dziwnie, ciężko i nieobecnie. Kiedy rozmowa zeszła na Chrystusa bez twarzy, młodzieniec wskazał na stojący obok krzyż; - No to przywiąż mnie do niego i kuj twarz - zdjął ciżmy, podwinął rękawy koszuli, stanął przed krzyżem i rozłożył ręce na ramionach krucyfiksu. Stary tylko na to czekał. Porwał z półki młotek i gwoździe, wielkie niczym bretnale i w pośpiechu przybijał ręce i stopy młodzieńca do krzyża. Ten zaś nawet nie krzyczał. Wino bowiem, które dostał od starego, zmieszane było z silnym środkiem odurzającym, tak, że zanim do młodzieńca dotarł ból, stary zdążył pozamykać okiennice, by nikt nie słyszał ewentualnych krzyków.
Chłopak jednak nie krzyczał. Szepnął jedynie: - Dlaczego ojcze?
Rzeźbiarz pracował jak w transie; oto po latach całych ukazał mu się Syn tej, która go kiedyś ocaliła przed śmiercią!!! Ten wyraz twarzy; niezmiernego zdumienia i niewypowiedzianego cierpienia!!! Tak! Tak musiał wyglądać Syn Boży na krzyżu... nie wrzeszczał, nie miotał się, tylko powoli konał, dziwiąc się, ze boli, żałując, że następnego dnia już nie ujrzy...
Stary rzeźbił całą noc. Młodzieniec nad ranem zmarł.
Demoet zapukała do drzwi pracowni: - Ojcze, już dwa dni tam jesteście, czy podać wam coś?
Nie usłyszawszy odpowiedzi, weszła. Zamknęła oczy na moment w nadziei, że to co widzi to sen. Ojciec leżał na podłodze, martwy. Na krzyżu, przybity jej ukochany w śmiertelnym spokoju, zaś oparty o ścianę stał w takiej samej pozie i niemal z taką samą twarzą, pełną cierpienia - wyrzeźbiony Chrystus... Dziewczyna uklękła bezsilna. Nie płakała nawet, zabrakło jej łez.
Historia, a raczej legenda gdańska mówi, że gdy Demoet odzyskała wreszcie mowę, kazała narzeczonego pochować w jednym grobie z niedoszłym teściem, pod posadzką fary, zaś Chrystus otrzymał krzyż, na którym zginął jej ukochany. Ponadto rzeźbę ofiarowała farze... Niektórzy dopatrują się podobieństwa do Demoet, w postaci lamentującej Maryi, w grupie ukrzyżowania w Kaplicy Jedenastu Tysięcy Dziewic, w której znajduje się dzisiaj słynna rzeźba. Inni szerzą plotkę, jakoby postaci Maryi i Jana rzeźbiła inna ręka niż Mistrz Pięknej Madonny Gdańskiej, i nieśmiało dodają: - To Demoet to wyrzeźbiła...
Nikt się już dzisiaj nie dowie prawdy... Warto jednak czasem zadumać się nad mroczną legendą gdańską, stojąc przed Kaplicą Jedenastu Tysięcy Dziewic i spoglądając na twarz Zbawiciela...
Zapodała: prof.wirt. Kasia
Foto: prof.wirt. Grün
© by Akademia Rzygaczy Members