Wydział Parahistorii


Strona główna
ZOO Akademii

Wieżyczki

Duma Gdańszczan - gigantyczny kościół Mariacki, był na ukończeniu. Jeden z symboli potęgi i zamożności hanzeatyckiego Miasta został po raz kolejny rozbudowany. Trzecia faza przebudowy kościoła uczyniła z niego prawdziwego olbrzyma. Kościół, na który nie szczędziła nakładów większość liczących się w Mieście rodów kupieckich i rzemieślniczych, został powoli przekształcony z niewielkiej świątyni, której budowę rozpoczęto jeszcze w czasach krzyżackich, w perłę północnego gotyku. Stopniowo dobudowano transept i nowe prezbiterium, podwyższono wieżę, a w końcu podwyższono boczne nawy korpusu zachodniego. W ten sposób powstał kościół halowy. I takim jest do dziś.
W czwartkowe popołudnie, 28 lipca 1502 roku, mistrz Henryk Hetzel wmurował ostatnią cegłę sklepienia.
Ale oprócz murarzy - najbardziej poważanych spośród setek rzemieślników pracujących na budowie - na chleb zarabiali tam liczni przedstawiciele innych profesji. Byli wśród nich cieśle, budujący drewniane konstrukcje dachów osłaniających misterne sklepienia, szklarze, zatrudnieni przy tworzeniu witraży dla wspaniałych wysokich okien, byli wreszcie dekarze, którym powierzono pokrycie spadzistych dachów dachówkami i wykonanie hełmów strzelistych wieżyczek, akcentujących narożniki budowli.
Tym ostatnim przewodził Marcin z Hamburga. Przybył z rodzinnego miasta do Gdańska, kiedy po przerwie, spowodowanej wojną pomiędzy Zakonem a Koroną, wznowiono prace przy gdańskiej Marienkirche. Znany był ze swych umiejętności. Miał na swoim koncie wiele bardzo cenionych przedsięwzięć konstrukcyjnych. Nic więc dziwnego, że kiedy zastanawiano się, komu powierzyć wykonanie miedzianych zwieńczeń dziesięciu wież wyrastających z naw i transeptu kościoła, wybór padł właśnie na niego.
Od roku był wdowcem. Ukochana żona zmarła rodząc mu upragnionego potomka. Tak bardzo pragnął mieć syna, by uczynić z niego swojego następcę, przekazać mu warsztat i dobre imię cenionego rzemieślnika. Dziecko - synek - zmarło w kilka chwil po narodzeniu.
Nie była to pierwsza tragedia w życiu Marcina. Sześć lat wcześniej zaraza odebrała mu pierwszą małżonkę. Pozostała mu po niej córka - śliczna Anna.
Mistrz Marcin nie chciał dłużej pozostawać w mieście, z którym wiązały się wprawdzie wspomnienia wielu cudownych chwil, ale przysłaniał je tępy żal po stracie kochanych kobiet i bezimiennego synka.
Był więc od pewnego czasu w podróży, kiedy dowiedział się, że kościelna starszyzna z miasta Danzig na wschodzie poszukuje mistrza zdolnego udekorować nowy kościół ostrymi wieżyczkami. Nie zastanawiał się długo. Razem z córką przybył do miasta i zaoferował swoje umiejętności patrycjuszom finansującym budowę. Z ulgą dowiedział się, że jego oferta znalazła uznanie i zdecydowano się powierzyć mu kierownictwo przedsięwzięcia.
Zamieszkał w małej kamieniczce przy Heiligegeistgasse. Z okien wynajętej izby widział ceglany ogrom kościoła, który czekał na niego wskazując niebo wieżami bez hełmów.
Spodziewał się pozostać w mieście na dłużej. Widział dla siebie sporo pracy zarówno w samym mieście jak i okolicy. Miał nadzieję, że w nowym miejscu uda mu się ukoić wciąż jeszcze żywą rozpacz.
Zabrał się do pracy. Nadzorując zatrudnionych przy pracach dekarskich robotników, obserwował czasem z wysokości rusztowań miasto. Widział handel na Długim Targu, statki przybijające do nabrzeży nad Motławą, powoli znikające rumowisko po zburzonym czas jakiś wcześniej krzyżackim zamku. Widział też inne budowy w Mieście i cieszył się na myśl o pomyślnych perspektywach swojego pobytu w Gdańsku. Patrząc na północ widział szczyt kamieniczki, w której jego córka czekała na niego codziennie o zmierzchu, kiedy zmęczony i głodny jak wilk wracał z pracy.
Anna szybko zyskała sobie opinię najpiękniejszej dziewczyny dzielnicy mariackiej. O jej względy starali się młodzieńcy rożnych stanów i majętności. Od czeladników po młodych patrycjuszy. Nie było dnia, by idąc na targ nie była zaczepiana przez miejskich amantów.
Ojciec uważał jednak, że nie czas jej jeszcze myśleć o zamęściu. Czy myślał tak naprawdę, czy zbyt był zazdrosny o swoją jedynaczkę - tego nie dowiemy się nigdy.
Anna z każdym dniem wydawała mu się piękniejsza i bardziej podobna do jego pierwszej żony - młodzieńczej miłości i ukochanej towarzyszki.
Nic więc dziwnego, że postanowił, że odda ją tylko bardzo zacnemu i ze wszech miar odpowiedniemu kandydatowi na męża.
Prace przy wieżyczkach postępowały. Nie odbywało się bez zgrzytów, kiedy przychodziło do odbierania zapłaty za kolejne ukończone hełmy. Patroni finansowi przedsięwzięcia bardzo starannie odliczali każdą monetę, którą mieli wydać na zapłatę za materiały i pracę. Nie raz dochodziło na tym tle do utarczek pomiędzy Marcinem a kościelnym skarbnikiem.
Piękna Anna wpadła tymczasem w oko synowi bogatego kupca z Głównego Miasta - młodzieńcowi urodziwemu i zamożnemu, ale zepsutemu do cna. Tenże właśnie gagatek postawił sobie za punkt honoru zdobycie pięknej córki hamburskiego rzemieślnika. Starał się, niby to przypadkiem, spotykać ją w trakcie spacerów ulicami miasta, przysyłał jej zamorskie smakołyki, obiecywał jej szczęśliwe i dostatnie życie u swego boku. Ale znany był ze swojego hulaszczego trybu życia, przepuszczał fortunę, biesiadując całymi nocami wraz z kompanią podobnych sobie synów bogatych kupców, był też znanym i szanowanym klientem przybytków płatnej miłości przy ulicy Zbytki.
Życzliwi Marcinowi sąsiedzi donieśli mu o awansach młodego patrycjusza względem jego córki.
Marcin zbyt długo żył na świecie, by uwierzyć w szczerość obietnic małżeńskich składanych Annie. Wiedział jak skrupulatnie i cynicznie aranżowane były małżeństwa bogatych kupców. Wiedział, że przy wyborze partii dla potomka kierowano się pozycją społeczną, zasobnością rodziców i wysokością posagu, nie przejmując się zbytnio takimi drobiazgami jak uczucia narzeczonych.
Bojąc się o bezpieczeństwo córki, zakazał jej kategorycznie reagowania na zaloty młodego hulaki.
Anna, posłuszna ojcu, podporządkowała się jego woli. Z żalem myślała jednak o tym, że skończą się ukradkowe spotkania z młodzieńcem, ku któremu zaczynało się w niej budzić naiwne uczucie.
Wbrew sobie udawała, że nie widzi go w kościele, że nie dostrzega jego uśmiechu i ukłonu, kiedy mijała go w drodze na targ. A kiedy była sama, płakała cicho, nie rozumiejąc przyczyn surowego zakazu ojca.
Marcin z rosnącym niepokojem spoglądał na szczyt kamieniczki, w której co rano zostawiał Annę. Nie opuszczało go przeczucie zbliżającego się nieszczęścia.
Do ukończenia pozostawały trzy wieże po północnej stronie kościoła.
Pewnego dnia po powrocie z pracy nie zastał córki w domu. Przerażony wybiegł na ulicę i pytał sąsiadów o córkę. Dowiedział się, że widzieli ją, kiedy szła z koszykiem w stronę Targu Rybnego, a było to przed południem. Ale nikt, nawet starowina przesiadująca całymi dniami w oknie izby sąsiedniej kamienicy, nie widział Anny wracającej do domu.
Marcin pobiegł na w stronę rynku, po drodze zadając to samo pytanie każdemu spotkanemu człowiekowi: "Czy widziałeś dzisiaj Annę?". Jedni kręcili przecząco głowami, inni wzruszali ramionami, niektórzy mówili, że widzieli ją, ale nie potrafili powiedzieć nic więcej. Zrozpaczony, pełen najgorszych przeczuć Marcin biegał po mieście aż do zmroku.
Wraz z nocą przypłynęły nad miasto ciężkie chmury i zaczęła się burza. Marcin na przemian to siedział z twarzą ukrytą w dłoniach, to miotał się po izbie w bezsilnej rozpaczy. Nie wiedział co robić, gdzie szukać córki. Rybacy z Targu Rybnego zapewnili go, że zauważyliby, gdyby Anna wpadła do wody i uratowaliby ją natychmiast. Straż miejska obiecała poszukać zaginionej, ale dopiero nazajutrz. Nikt nie kwapił się do poszukiwań w nocy, w strugach ulewnego deszczu.
Było już dobrze po północy, kiedy drzwi rozświetlanej co chwilę błyskawicami izby otwarły się i Marcin zobaczył stojącą w progu Annę. Miała podartą odzież, była mokra i umorusana błotem. Zerwał się z miejsca i jednym skokiem znalazł się przy niej. Zapytał przez łzy co się stało. Anna wyjąkała tylko imię swojego bogatego adoratora i osunęła się zemdlona w ramiona ojca. Ten jął głośno wzywać pomocy, uniósł córkę i położył ją na posłaniu. Po krótkiej chwili w izbie zjawiła się gospodyni - tłusta mieszczka ze świecą w garści, a zaraz za nią jej mąż - stary, wysuszony mistrz murarski. Wspólnie przenieśli Annę do innego pomieszczenia, gdzie zajęła się nią gospodyni, wyrzuciwszy uprzednio za drzwi męża i Marcina. Stary murarz popchnął roztrzęsionego ojca dziewczyny w stronę kuchennego stołu, posadził go na zydlu i postawił przed nim cynowy kubek pełen gorzałki. Sobie nalał drugi. Po kilku kolejkach wyczerpany Marcin zasnął przy stole.
Obudził się o świcie. Przez chwilę wydarzenia poprzedniego dnia wydały mu się sennym koszmarem. Z błędu wyprowadziła go jednak właścicielka kamieniczki, która właśnie zjawiła się w kuchni. W krótkich słowach wyjaśniła mu, że jego córka została porwana i zhańbiona. Marcin poczuł jak krew burzy mu się w żyłach.
W przylegającej do kuchni izbie jego córka spała kamiennym snem. Wyglądała strasznie. Miała posiniaczoną twarz, liczne zadrapania na rękach i szyi. Marcin stał nad jej łóżkiem, a łzy spływały mu po twarzy.
Po chwili twarz mu stężała, odwrócił się na pięcie i wybiegł z izby. Wypadł na ulicę i pospieszył w stronę ratusza.
Tam przyjęto jego skargę, obiecano zająć się sprawą i odesłano do domu.
Kiedy wrócił Anna siedziała na posłaniu wpatrując się w przestrzeń niewidzącym wzrokiem. Nie zareagowała kiedy wymówił jej imię. Zdawała się nie widzieć go, kiedy ukląkł przed nią i wziął w ręce jej pokaleczone dłonie. Zdawała się być zupełnie nieobecną.
Gospodyni obiecała się nią zaopiekować, więc Marcin, wbrew sobie, powierzył córkę jej trosce, a sam poszedł do pracy. Nie słyszał co mówili do niego robotnicy, nie odpowiadał na pytania, w jego głowie szalała rozpacz i gniew.
Nie wytrzymał długo na rusztowaniu. Zbiegł kręconymi schodami wewnątrz wieży i wrócił do domu. Anna siedziała nadal na łóżku w tej samej pozycji, jakby czas się dla niej zatrzymał. Stara mieszczka uspokoiła Marcina, że pilnuje nieustannie jego córki i kazała mu wracać do pracy.
Nie posłuchał. Poszedł pytać co zrobiono, żeby ukarać winowajcę. Powiedziano mu, żeby pozostawił sprawiedliwość sądowi i również odesłano do pracy.
Minął dzień, potem następny. Anna nie zdradzała zainteresowania czymkolwiek. Zdawała się być głucha i ślepa. Całymi dniami siedziała nieruchomo, wpatrując się w jeden punkt.
Marcin codziennie chodził pytać o postępy śledztwa. Nie mieściło mu się w głowie, dlaczego nic się nie dzieje, skoro przecież powiedział ławnikom, kto skrzywdził jego dziecko.
Plotka o porwaniu pięknej Anny obiegła tymczasem Miasto. Mówiono o tym wszędzie.
Marcin próbował dostać się do domu młodego patrycjusza. Nie wiedział za bardzo w jakim celu, ale czuł, że mógłby go rozszarpać gołymi rękami. Nie wpuszczono go oczywiście. Kiedy zaczął krzyczeć i grozić śmiercią krzywdzicielowi córki, służba poturbowała go i porzuciła, wywlekłszy na środek ulicy.
Kolejnego dnia, po powrocie do domu, zastał tam miejskiego urzędnika, przysłanego w celu przesłuchania ofiary przestępstwa. Anna nie reagowała jednak nadal na pytania. Ławnik, eskortowany przez dwóch miejskich strażników, odszedł z niczym. Przedtem jednak zdążył powiedzieć Marcinowi, że nie ma żadnych przekonujących dowodów, potwierdzających winę rzekomego porywacza. Na nic zdała się opowiadana po raz kolejny przez Marcina historia o wskazaniu przez Annę bogatego hulaki jako jej oprawcy.
Wszystko wskazywało na to, że gwałciciel uniknie kary.
Minęło kilka dni. Stan Anny stopniowo się poprawiał. Zaczęła reagować na wypowiadane w jej kierunku słowa. Nie odzywała się jednak nadal. Nie pozwalała się też dotknąć nikomu poza właścicielką domu. Odskakiwała przerażona nawet wtedy, kiedy ojciec chciał pogładzić ją po włosach.
Pewnego dnia Marcina doszła plotka o tym, że domniemany sprawca nieszczęścia przyznał się po pijanemu do zbrodni i że zrobił to na tyle publicznie, że zaistniała nadzieja na jego ukaranie.
Plotkę potwierdził ławnik, zapytany o to przez Marcina tego samego dnia.
Niedługo jednak przyszło czekać na złe wieści. Młody patrycjusz podczas przesłuchania oskarżył Annę o czary i o rzucenie na niego uroku. Życzliwy Marcinowi ławnik przysłał ostrzeżenie, że Anna zostanie aresztowana następnego dnia w południe i poddana przesłuchaniu w procesie o czary. Sugerował ratowanie się ucieczką.
Sprawa zaczynała wyglądać znacznie gorzej niż Marcin był sobie w stanie wyobrazić. Oto jego córka, skrzywdzona przez dziedzica kupieckiej fortuny, miała stać się z pokrzywdzonej oskarżoną. I to oskarżoną o czary. Jak się takie oskarżenia kończyły wiedział Marcin dobrze. Widział finały takich procesów i w Hamburgu i w Lubece. Nagle wściekłość i żądzę odwetu zastąpiło przerażenie.
Postanowił nie czekać na rozwój wypadków. W ciągu nocy spakował skromny dobytek, odebrał zdeponowane u gospodyni niewielkie oszczędności i o świcie wyjechał z miasta w nieznane.
Zanim opuścił miasto, w którym spodziewał się znaleźć spokój, a gdzie dosięgło go kolejne nieszczęście, polecił przekazać swoim pracodawcom, że nie dokończy trzech wieżyczek po północnej stronie kościoła Mariackiego. Kazał również przekazać, że za niesprawiedliwość jaka spotkała jego i jego dziecko, przeklina każdego, kto odważyłby się podjąć jego dzieło i dokończyć miedziane dachy trzech wież, przekleństwem skrzywdzonej niewinności.
Co stało się z mistrzem Marcinem i jego biedną córką nie wiadomo. Mówiono, że on zginął w wypadku przy budowie jakiegoś kościoła, a ona wstąpiła do klasztoru. Inni mówili, że stopniowo odzyskała zmysły, znalazła dobrego męża i że Marcin na starość doczekał się wnuków. Która z tych historii była prawdziwa? A może było jeszcze inaczej?
Nieszczęście pięknej córki mistrza z Hamburga i jej ojca poruszyło świadomość Gdańszczan. Ale cóż, świat rządzi się swoimi prawami. Młody bogacz uniknął kary za swój postępek. Po latach nikt nie pamiętał już, lub nie chciał pamiętać, że to właśnie jego podłości miasto zawdzięcza nieukończone wieżyczki na kościele Mariackim po stronie ulicy Św.Ducha.
Owszem próbowano je dokończyć. Przesądni robotnicy nie kwapili się wprawdzie do pracy przy przeklętym przedsięwzięciu, ale byli tacy, którzy w klątwę nie wierzyli. Pierwszym odważnym był jeden z pracowników Marcina, który podjął pracę w kilka dni po zniknięciu z miasta swojego pracodawcy. Nie zdążył jednak nawet zamontować rusztowań na pierwszej z trzech nieukończonych wieżyczek. Pierwszego dnia po wznowieniu pracy potknął się o linę i zleciał z rusztowania między dachy transeptu. Złamał rękę i odmówił dalszej pracy przy wieżach.
Wieże przykryto więc prowizorycznymi drewnianymi daszkami. Tak stały kilka lat, w ciągu których bezskutecznie próbowano je dokończyć. Zawsze jednak zdarzało się coś, co uniemożliwiało dokończenie hełmów. Najczęściej jakieś niepowodzenie spotykało kolejnych odważnych majstrów, którzy nie wiele sobie robili z klątwy. A to ulegali wypadkowi, a to musieli z jakiegoś powodu opuścić miasto. W końcu zdecydowano się "tymczasowo" nakryć wieże niskimi dachami, i pokryć je dachówkami. To zamierzenie udało się zrealizować bez trudności i ofiar.
I tak projekt ozdobienia kościoła dziesięcioma miedzianymi iglicami nigdy nie doczekał się pełnej realizacji. Stojąc na ulicy św. Ducha, gdzieś w okolicy kamieniczki, w której mieszkał Marcin z córką, możemy do dziś zobaczyć trzy wieże pokryte niewysokimi stożkami ceramicznych daszków. To jedyna pamiątka pewnej ludzkiej tragedii.


Odnalazł: prof.wirt. Grün

© 2003 Aleksander Masłowski

© by Akademia Rzygaczy Members