Wydział Parahistorii


Strona główna
ZOO Akademii

Minogi

Zanim w XIX wieku uruchomiono pierwszą w Gdańsku gazownię i przy pomocy gazu w niej produkowanego rozświetlono mroki nocy, gdańskie ulice po zmroku stawały się wypełnionymi gęstym mrokiem korytarzami. W tych właśnie korytarzach widać było czasem błyszczące oczy zakochanych, a czasem błysk noża opryszka, czatującego na spóźnionego przechodnia. Mimo pewnych starań władz miasta, uliczki średniowiecznego Gdańska nie były miejscem zbyt bezpiecznym. Zwłaszcza, kiedy słońce chowało się za Górę Hagela. Miasto nie różniło się w tym względzie od Paryża, Londynu czy innych miast hanzeatyckich. W ciemnych zaułkach grasowały szajki opryszków, z reguły zadowalających się rabunkiem, nie stroniących jednak czasem od 'mokrej roboty'.
Znana była banda pięciu zbirów z Dzielnicy Świętojańskiej, którym przewodził jednooki Niemiec, niegdyś krzyżacki najemnik, który stracił oko w bitwie pod Żarnowcem. Pozostał w Gdańsku, kiedy w zimą 1454 roku komtur gdański wraz z krzyżackim garnizonem opuścił zamek. Był jednym z wielu dezerterów - żołnierzy, którym komtur nie wypłacał żołdu. Zaszył się w Mieście i z czasem zebrał czterech kamratów, tworząc jedną z najokrutniejszych zbójeckich kompanii. Banda, składająca się z krzyżackich knechtów długo była nieuchwytna, szydząc ze starań straży miejskiej, która próbowała się zapewnić mieszkańcom Gdańska jakie takie bezpieczeństwo, zwłaszcza tym zamożnym. Bezczelne wyczyny bandy zaczęły rychło obrastać w legendy, opowiadane chętnie w dni targowe na pobliskim rybnym rynku i w całym Mieście. Dopóki banda miała na swoim sumieniu rabunki na rzemieślnikach i drobnych kupcach, władze miejskie nie specjalnie przykładły się do rozwiazania problemu porządku w rejonie budowy kościoła św. Jana. Którejś nocy jednak, bogaty kupiec, Johann Kramer, kompletnie pijany, wędrował od Bramy Straganiarskiej, próbując bezskutecznie odnaleźć drogę do swojej kamieniczki przy ulicy Świętojańskiej. W pijanym widzie postanowił skrócić sobie drogę przez plac przed budowaną właśnie wieżą kościoła. Tam dopadła go banda jednookiego knechta. Pięciu zbirów rzuciło się na pijanego kupca, a kiedy ten zaczął głośno wzywać pomocy, jeden z bandziorów, chcąc go uciszyć, pchnał go nożem. Uciszył go na zawsze. Zwłoki kupca zawleczone pod kościelny mur odnaleźli rano murarze. Tego było już za wiele. W tajemnicy urządzono na bandytów zasadzkę. Na przynętę wystawiono jednego ze strażników, który w przyzwoitym płaszczu, pobrzękując sakiewką, spacerował, lekko się zataczając, wokół budowy. Zgodnie z przewidywaniami strażników, zbóje nie dali na siebie długo czekać. Przebrany strażnik dreptał właśnie pod na wpół ukończoną wieżą, obserwowany z jednej strony przez ukrytych w ciemnościach kolegów, a z drugiej przez dziewięć oczu rzezimieszków, chowających się wśród rusztowań.
Chwilę potem ciszę nocy przerwał wrzask podstawionej ofiary, krzyki strażników i odgłosy szamotaniny. Po chwili zapadła cisza.
Historię tę opowiadano sobie potem bardzo długo. A zaułek pomiędzy ulicą Świętego Jana, a Straganiarską poczęto nazywać ulicą Dziewięciu Oczu. Po wielu wielu latach, nazwę skojarzono z minogiem - nazywanym po niemiecku Neunauge - i tak została ta nazwa przetłumaczona po II wojnie światowej. Tak też nazywa się ta ulica do dziś.
Odnalazł: prof. Grün

© 2003 Aleksander Masłowski

© by Akademia Rzygaczy Members