Wydział Sopotologii


Strona główna
ZOO Akademii

Sopocki romans

Nie pamiętam kim on był, ale na pewno jakimś oficerem - nie wiem, czy Wehrmachtu, czy, nie daj Bóg, Gestapo. Dość na tym, że mieszkał właśnie w Sopocie, ona zaś była bodaj służącą u jakichś Niemców. Podczas kolejnych czystek i wywózek, po prostu została zgarnięta. Ponieważ posiadała niepospolita urodę - widoczną jeszcze, kiedy już była mocno starszą panią, więc jeden z oficerów obecnych przy owej akcji - po prostu wyciągnął ją z tego zamieszania. Zakochał się w niej do szaleństwa - miała wspaniałe klasyczne rysy - niczym reliefy ze starożytnego Egiptu - wielkie oczy - czarne i o zupełnie migdałowym kształcie. Włosy - wtedy za młodu musiała mieć kruczoczarne, smagła, wysoka - rasowa. Piękna. Całą resztę wojny opiekował się nią. Mieszkała u niego - fikcyjnie pełniąc rolę jego pokojówki. Po wkroczeniu wojsk radzieckich i po rozgardiaszu marcowym, kiedy nowa władza zaczęła skrupulatnie zapisywać kto jest i kto był kim, nagle okazało się, że ona - owszem, mogłaby zostać na miejscu, w końcu - Żydówka, przedstawicielka nacji z premedytacją tępionej przez nazizm. Ale on - bez znajomości języka polskiego, kto wie, czy nie z tatuażem pod pachą. Z kartoteką dającą przepustkę do sali rozpraw i na szafot. Nie miał szans na uratowanie się - i na pozostanie na miejscu. Trudno było mu zorganizować jakąkolwiek ucieczkę, bo w tych ostatnich dniach, kiedy na nabrzeżach gdańskich panował szał ewakuacyjny - został postrzelony w kolana. Plotka sopocka mówiła, że ranny był w kręgosłup i dlatego nie mógł chodzić, inni twierdzili, że strzelił do niego jego własny kamerdyner, żeby nie dostał się na Goyę. Nie wiem, czy to Goya, czy Gustloff, a może inny okręt. Dość na tym, że Niemiec faktycznie był ranny i nie mógł chodzić. Jego Pani stanęła na głowie i tym razem to ona jego wyciągnęła z opresji. I znowu - plotka sopocka mówiła, że zameldowała go jako swojego męża, niedorozwiniętego i sparaliżowanego jak niemowę. Kiedy ją zaczęłam kojarzyć na ulicy - była już bardzo starsza panią w tonacji błękitnego fioletu. Nigdy się nie uśmiechała. Zawsze chadzała sama. Godna i wyprostowana. Wciąż piękna. Zachodziłam w głowę, kim jest ten łysy człowiek, którego wywoziła na wózku na balkon - w dni słoneczne i bezwietrzne. Dowiedziałam się w końcu, że to ów Niemiec, który po postrzale nigdy nie wstał już z wózka. Zmarł w latach 80-tych. Ona - na początku 90-tych. Nagle zrobiło się pusto w Sopocie. Już nie spotykam jej na alejce nadmorskiej, stojącej bez ruchu przed najwspanialszym sopockim pałacykiem nadmorskim. Nie wiem do dzisiaj, czy to tam mieszkali , czy ten pałacyk miał dla niej jakieś znaczenie. Ale - pozostała po nich aura czegoś pięknego, nie wiem, czy to była miłość. Może. Jak zwykle plotka zrobiła z niego wspaniałego i przystojnego młodego Nordyka, z niej cud dziewczynę. Ją widywałam, i skoro była tak piękna jako osoba starsza, to na pewno nie była brzydka za młodu. Jego widziałam tylko na tym balkonie, z odległości. Świeciła mu się w słońcu łysina. Ale głowę miał zgrabną. Jaka była prawda - już nikt się nie dowie. Bo ja przez całą te luźną z nią znajomość nie odważyłam się na nic, poza nieśmiałym "dzień dobry", na które odpowiadała z jakąś łagodnością w oczach, i lekkim półuśmiechem, widocznym bardziej w oczach właśnie, niż na ustach.
Zapodała: prof.wirt. Kasia
© by Akademia Rzygaczy Members