M U Z E U M
Akademii Rzygaczy


Strona główna
ZOO Akademii

Dzwon Karola XII

dzwon1.jpg
"Dzwon Karola XII" w Marienkirche

W Kaplicy św. Olafa, czyli w przejściu pod wieżą kościoła, w jej południowej ścianie tkwi niewielki, zniekształcony i przestrzelony dzwon. Literatura bazylikograficzna nazywa go "Dzwonem Karola XII" lub "Dzwonem z Iwangorodu" (tak podpisany jest na stojącej tuż pod nim tabliczce). Skąd te nazwy?

Kilka faktów:

16 kwietnia 1700 roku młody, zaledwie osiemnastoletni szwedzki król, Karol XII, załadował na okręty 8,5 tysiąca żołnierzy i ruszył ze Sztokholmu na odsiecz obleganej przez Rosjan Narwie. Odbijając od nabrzeża swojej stolicy, nie przypuszczał pewnie, że widzi ją po raz ostatni.
karol.jpg
Karol XII w roku 1700 na obrazie Dawida von Krafft z 1706 r.

Narwę oblegał dość liczny (według większości źródeł około 40-tysięczny) korpus Piotra I, pod znakomitym dowództwem Charlesa Eugena de Croy i doświadczonych cudzoziemskich oficerów, sprowadzonych przez cara do Rosji w ramach jednej z modnych w tym kraju pieriestrojek. Ci właśnie starzy taktycy 20 listopada 1700 r., pod wpływem zaskoczenia, złej pogody i bariery językowej dzielącej ich od podkomendnych (na coś takiego tylko Rosjanie mogli wpaść), dali się rozbić w puch szwedzkiemu młodzikowi. Jak zaskakujące było to zwycięstwo, świadczy fakt, że rosyjscy jeńcy, po rozbrojeniu, zostali wypuszczeni, bowiem Szwedów było za mało, żeby ich upilnować. Proporcje strat również mówią wiele - Szwedzi stracili 667 ludzi, Rosjanie około 15 tysięcy.
narva.jpg narva2.jpg
Bitwa pod Narwą

Kapitulacja Rosjan pod Narwą - obraz Gustawa Cederströma z 1910 r.

I tu pojawia się dzwon. Według jednej z wersji mieszczanie narewscy, wdzięczni szwedzkiemu królowi za odsiecz, podarowali mu niewielki dzwon, na którym po łacinie i szwedzku sławili swego wybawcę. Według innej dzwon został odlany na miejscowy użytek dla uczczenia zdobycia przez Karola XII Iwangorodu.
dzwon2.jpg narva3.jpg
Napisy i ornamenty na nim umieszczone są mocno nadgryzione zębem czasu. Daje się jednak odczytać kilka słów z łacińskiej inskrypcji i fragmenty wyrazów tekstu szwedzkiego. Na większe prawdopodobieństwo prawdziwości drugiej wersji historii o powstaniu dzwonu wskazuje to, że wyraźnie widnieje na nim nazwa Ivangorodu w brzmieniu "IVANOGORODIA". To, że dzwon podarowany został szwedzkiemu królowi przez wdzięcznych poddanych jest dość wątpliwe. Po pierwsze ten król-żołnierz ograniczał ilość przewożonych ze sobą przedmiotów do absolutnego minimum (wiadomo, że sypiał na ziemi, zawinięty w końską derkę), więc wożenie ze sobą czegoś tak niepraktycznego w bitwie i niewygodnego w transporcie jak dzwon, to akurat ostatnia rzecz, o jaką można go podejrzewać. Poza tym, znając obsesyjne zamiłowanie Karola do wojaczki, można założyć, że dzwon nie miałby wielkich szans na pozostanie dzwonem, bowiem głód surowca na armaty był w dobie wielkich wojen ogromny. Dlatego też łatwiej uznać, że mieszczanie faktycznie upamiętnili świetne zwycięstwo swego obrońcy, ale raczej zawiesili materialny ślad swojego podziwu w kościele w Narwie niż wręczyli go królowi żołdaków.
Dzwon bywa też nazywany "Dzwonem z Iwanogorodu". Iwangorod, po estońsku zwany Jaanilinn, leży tuż obok Narwy, ale na prawym brzegu rzeki, podobnie jak w u schyłku średniowiecza znajdując się po rosyjskiej stronie granicy. Nazwa Iwangorodu uwidoczniona na dzwonie skierowuje domysły co do jego pochodzenia do tego właśnie miasta, które, zdobyte przez Karola, miałoby rzekomo ten fakt upamiętnić fundując dzwon. Koncepcja to dość mało wiarygodna. Skoro twierdza i miasto, należące uprzednio do wroga, zostały zdobyte przez Szwedów, to co jak co, ale jego dzwony, zapasy żywności, konie i inne atrakcyjne z militarnego punktu widzenia dobra z całą niewątliwością zostały skonfiskowane przez zwycięzców. Dlatego też wykonywanie dzwonu przez mieszkańców podbitego Iwangorodu, jak i założenie, że to właśnie oni chcieliby upamiętniać upadek swojego miasta, są mało prawdopodobne. Chociaż kto wie...
Jak z tego widać już sama proweniencja dzwonu jest nieco zagadkowa. Zupełnie nieznane są jego losy obejmujące 250 lat pomiędzy bitwą, którą miał upamiętniać, a jego odnalezieniem wśród gruzów spalonego Gdańska. W jaki sposób znalazł się w Kościele Mariackim? Na ten temat również istnieją co najmniej dwie różne teorie. Pierwsza z nich, za którą optuje Wojciech Łygaś, autor książki "Gdańsk - szwedzkie karty historii", mówi, że dzwon mógł zostać przekazany Kościołowi Mariackiemu jako "dar od szwedzkiego króla", który pozbywał się kłopotu związanego z transportem niewygodnego prezentu od narewskich mieszczan. Następnie, zdaniem W.Łygasia, prezent ów miał przeleżeć 250 lat w podziemiach kościoła i zostać znaleziony w 1945 r.
Ta teoria ma dwa słabe punkty. Po pierwsze Karol XII znany był z dość niechętnego stosunku do wszystkiego, co nie było wojną, więc wleczenie dzwonu w formie dzwonu, a nie armaty, z Inflant pod Gdańsk z całą pewnością nie przyszłoby mu do głowy. Jeśliby jednak w jakiejś chwili żołnierskiej słabości, urzeczony darem wdzięcznej ludności Narwy, postanowił jednak zabrać dzwon w swoją nie kończącą się wędrówkę od bitwy do bitwy, i faktycznie podarowałby go w końcu Kościołowi Mariackiemu, to jak to możliwe, żeby w Mieście kochającym się w dzwonach nikt tego nie zauważył i nie zanotował. Miejsca dla dzwonów nie brakowało, czemu więc miałby zostać schowany w podziemiach na 250 lat? Tym bardziej, że przed 1945 r. ukazało się kilka monografii o gdańskich dzwonach, np. E. Pietzkera i E. Blecha Die Glocken von St. Marien 1901 r., czy B.Schmida Westpreussische Glockenkunde (w tomie "Die Denkmalpflege in der Provinz Westpreussen im Jahre 1917" z 1918 r.)
Bardziej przekonująca zdaje się być odrzucana przez autora "Szwedzkich kart" hipoteza, wiążąca znalezienie się dzwonu w Gdańsku z ewakuacją miast w krajach bałtyckich, sukcesywnie zajmowanych i równanych z ziemią przez Armię Czerwoną już wiosną 1944 r. W.Łygaś stawia pytanie: "Po co Niemcy mieliby ciągnąć z odległej o 1000 kilometrów Estonii bezwartościowy dzwon? Czy dla ochrony dziedzictwa nordyckiego przed bolszewikami? A może po to, aby przetopić go na armaty, działa czy czołgi?"*. Ano po to właśnie żeby pozyskać z niego cenny dla przemysłu zbrojeniowego surowiec. Po wojnie, w okolicach Hamburga odnaleziono hutę ze składowiskiem dzwonów zwiezionych z całej Europy, celem ich przetopienia (były wśród nich także "Dominicalis" i "Osanna" z naszej Marienkirche, które po wojnie trafiły do kościołów w Lubece i Hildesheim).
Dziwi też w argumentacji uzasadniającej słuszność tezy o "darze szwedzkiego króla" to, że uznano za mniej prawdopodobne przewiezienie dzwonu z Narwy do Gdańska przez Niemców w XX wieku, przy użyciu np. pociągu, ciężarówki czy frachtowca, od wiezienia go na identycznym dystansie przez Szwedów w początkach wieku XVIII, kiedy tabory postępujące za wojskiem zajmowały się głównie tonięciem w błocie na bezdrożach wschodniej Rzeczypospolitej.
Nie wiadomo też, skąd wzięła się pokaźnej wielkości dziura w dzwonie tuż nad herbem Szwecji. Czy wyrwała ją kula z muszkietu sołdata cara Piotra I czy kulomiotu sołdata sekretarza Koby Dżugaszwilego - a może powstała w całkiem inny sposób?
Tak tajemniczy może być przedmiot, który, uwikłany w historię, wiele w ciągu swego istnienia widział i wiele się napodróżował. Warto by pokusić się o próbę wyjaśnienia choćby części zagadek związanych z dzwonem, który zaistniał u początków wielkiej wojny między Rosją, Saksonią i Szwecją, która, jak większość okolicznych wojen, toczyła się oczywiście głównie na terenie Rzeczypospolitej.
Gdańsk jak zwykle poniósł finansowe koszty awantury. W 1704 r. Szwedzi, grożąc zniszczeniem posiadłości wiejskich Gdańska, zmusili Miasto do zapłaty 24 tys. zł tytułem opłat należnych protegowanemu przez Szwecję królowi polskiemu Stanisławowi Leszczyńskiemu, które Gdańsk wpłacił już uprzednio do szkatuły polskiego króla protegowanego przez Rosję - Augusta II Sasa. Karol XII przypomniał sobie też o pożyczonej Gdańskowi w 1457 r., a więc dwa i pół wieku wcześniej, przez zbiegłego szwedzkiego króla-banitę - Karola Knutsona - sumie 15 tysięcy grzywien i uznał się za legitymowanego do żądania zwrotu kapitału i odsetek za 250 lat. Szwedzcy księgowi wyliczyli, że należy się łącznie 142.372 złotych i 20 groszy.
Specjalną opłatę karną naliczyła szwedzka administracja za opóźnienie w złożeniu pisma, w którym Gdańsk odcinał się od Augusta II Sasa. Opłata ta wyniosła 67 tysięcy talarów.
Łatwo stąd wysnuć wniosek, że okres ten wiązał się dla Miasta głównie ze stratami.
Wojna skończyła się dla Karola XII dość tragicznie. Do Sztokhholmu, jak to już powiedziano, nie wrócił już nigdy. Zdolności taktyczne nie szły u niego niestety w parze z umiejętnościami stratega. Oszałamiające, brawurowe sukcesy na polach bitew, nie poparte przez działania polityczne i organizacyjne, skończyły się klęską. Ciężko ranny 17 czerwca 1709 r. nie mógł poprowadzić swoich żołnierzy pod Połtawą, gdzie 27 czerwca 1709 r. Rosjanie ostatecznie rozgromili niezwyciężoną niegdyś armię Karola. Był to koniec Szwecji, jako europejskiej potęgi, a początek wspinania się Rosji ku pozycji światowego mocarstwa.
karol2.jpg
Martwy Karol XII niesiony przez żołnierzy po bitwie pod Fredrikshallen w 1718 r.

Opracował: prof. wirt. Grün

Ilustracje:
1), 5), 6): foto prof. wirt. Grün
2), 4), 7): sv.wikipedia.org
3) www.sub.su.se


* Wojciech Łygaś, Gdańsk. Szwedzkie karty historii, Marpress, Gdańsk 2001, s.170-171

5 sierpnia 2004

© 2004 Aleksander Masłowski


© by Akademia Rzygaczy Members